Geneza amerykańskiego kryzysu (część 3)
July 6th, 2008
Dzisiejsza wypowiedź dotyczy głównie jednego z aspektów gospodarczego upadku USA, a mianowicie deregulacji i jej następstw. Jest to jeden z wielu czynników, zresztą mniej lub bardziej splecionych i współzależnych; oprócz gigantycznego zadłużenia, stały deficyt handlowy i budżetowy, upadek dolara, wzrost cen ropy, pieniądze zmarnowane na zbrojenia i wojny, i tak dalej. O niektórych z tych rzeczy już trochę napisałem; deregulacja jest swoiście ciekawym wątkiem, z uwagi na fascynację wielu polskich publicystów "wolnym rynkiem", który jakoby ma istnieć w Ameryce, jakoby też przynosząc wszelkiego rodzaju korzyści. Pracuję obecnie nad książką "Pięć polskich mitów o Ameryce", w której mam zamiar opisać tę wolnorynkową rzeczywistość, więc nie będę się tu rozwodzić nad tym zagadnieniem. Wspomnę jedynie o paradoksie, który – jak sądzę – jest powszechnie niezauważany i nierozumiany: aby rynek mógł być wolny, musi być bardzo starannie regulowany. Inaczej upodabnia się do meczu piłki nożnej bez sędziego, zamieniając się – w najlepszym razie – w nużący i bolesny chaos.
Nie jest łatwo pisać o genezie obecnej sytuacji amerykańskiej oraz światowej gospodarki. Mnogość i skomplikowanie czynników są obezwładniające nawet dla znawców, a co dopiero dla amatorów. Jeśli mam w tej dziedzinie modicum rozeznania, to głównie dzięki niezależnym analitykom i publicystom blogosfery, oraz za sprawą zainteresowania tematem, powziętym jeszcze w połowie lat 80-tych. Miałem także sposobność przyglądania się z bliska amerykańskiej scenie przez dwie dziesiątki lat, jak też zaznałem na własnej skórze skutków rozmaitych posunięć kolejnych administracji – a mało co jest bardziej przydatne dla wykształcenia, jak własne doświadczenie. Słyszałem obietnice Reagana, i widziałem na własne oczy, co z nich wynikło; oglądałem kryzys instytucji oszczędnościowych (Savings & Loans) w drugiej połowie tej dekady, i słyszałem zapewnienia polityków, że nie dopuszczą to powtórzenia takiej afery; byłem świadkiem tego, jak administracja Clintona weszła na drogę odrestaurowania finansów Ameryki – i mogłem widzieć, jak dokonał się zwrot w kierunku przepaści, wykonany przez jego następcę. I do dzisiaj nie jestem w stanie do końca pojąć, jak to jest możliwe, żeby ludzie rządzący mocarstwem nie byli w stanie zrozumieć skutków systematycznie rosnącego zadłużenia, deficytu budżetowego, deficytu wymiany handlowej i obrotów bieżących. Słynne było powiedzenie Cheney’ego o deficycie – że jakoby Reagan pokazał, iż deficyt nie jest problemem. Reagan był, oczywiście, popularnym prezydentem pomimo deficytu (a może nawet dzięki niemu, gdyż pozwalał on na łatwe życie, bez wyrzeczeń) – i deficyt przestał być problemem POLITYCZNYM. Ale przecież nie przestał być problemem MERYTORYCZNYM! Przecież procenty od zadłużenia trzeba było płacić, nawet gdy dla mediów i Kongresu dług przestał być (???) istotnym zagadnieniem – i to płacić przez zaciąganie coraz większego długu! Nie trzeba mieć wyższych studiów ekonomicznych, aby rozumieć, że taka sytuacja jest nie do utrzymania – ale ci, co pisali i wołali o nadchodzącym czasie rozrachunku, byli lekceważeni przez oficjalne media i polityków. To, co jest najbardziej zdumiewające w całym obecnym kryzysie (który jest dopiero w bardzo początkowej fazie; nie należy mieć złudzeń) to głupota i bezmyślność ludzi, którzy powinni wiedzieć lepiej; ba, którzy brali BARDZO wysokie pensje za nadzór i kontrolę, sprawując te funkcje w zupełnie fikcyjny sposób.
W sierpniu 2003 ukazał się felieton regularnie piszącego w New York Times (NYT) Paula Krugmana, profesora ekonomii na MIT, pod proroczym tytułem "The road to ruin " (Droga do ruiny). Tekst co prawda nie zawierał przepowiedni, tylko dotyczył sytuacji na rynku energii elektrycznej, tuż po szaleństwach kompanii Enron i kolegów, którzy zmasakrowali kalifornijski rynek energetyczny, ale tytuł jest znakomitym określeniem na to, co już wtedy było oczywiste dla każdego, kto zadał sobie trud zweryfikowania oficjalnej wizji gospodarki i finansów USA. Droga do ruiny zaczęła się wcześniej, a najgorsze miało dopiero nadejść, ale samodestrukcja Ameryki nabrała już, jak pokazał czas, niepohamowanego rozpędu. W roku 2003, po paru latach cięć podatkowych, dokonanych przez administrację Busha Młodszego, powróciły na dobre czasy gigantycznych deficytów budżetowych i gwałtownie narastającego długu państwowego, a zmiany uprzednio dokonane w strukturze finansów i sferze gospodarczej zaczęły przynosić coraz bardziej obfite żniwo.
Powracając do felietonu Krugmana – jest w nim określenie, dobrze obrazujące przemiany zaszłe od 1980 roku – faith-based deregulation (deregulacja oparta na wierze). Magiczna wiara w możliwości "wolnego rynku" stała się dla sterników nawy państwowej USA dogmatem, przerastającym swoją sztywnością największe dogmaty gospodarki komunistycznej. Wiara w dobroczynne skutki deregulacji stała się silniejsza od wszystkiego innego, także od faktów, które jej zaprzeczały… Po części zapewne dlatego, że rządy objęli filozofowie (czy też ludzie którzy się za takich uważali) – a niewiele jest groźniejszych rzeczy dla ludzkości, niż rządy filozofów. Amerykańscy "neokonserwatyści", popularnie zwani "neokonami" dołączyli do długiego szeregu ludzi rządzących w oparciu o niewzruszone przekonania i nieugięte teoretyczne koncepty. Rządy filozofów są dlatego tak groźne, że nie mają oni zwykle większego pojęcia o tym, jak naprawdę świat działa, i ile warte są najbardziej wyrafinowane umysłowe tezy w konfrontacji z życiem; są tym bardziej groźne, im więcej władzy mają rządzący dogmatycy, i im bardziej są przywiązani do swoich tez. Może "filozofowie" to nie jest najlepszy termin, nie mówiąc o tym, że krzywdzący dla prawdziwych filozofów. Chodzi o ludzi, dla których teoretyczne formuły są ważniejsze od społecznych skutków ich działań; dla których niepowodzenie nie jest oznaką wadliwości konceptów, tylko braku konsekwencji we wprowadzaniu ich w życie. Lenin, Stalin, Mussolini, Mao, Pol-Pot, Pinochet – wszyscy ci ludzie mieli jasną wizję, co należy zrobić – oraz możliwości wcielania swych konceptów w sposób bezwzględny i nieliczący się z kosztami. Wszyscy doprowadzili swoje społeczeństwa do ruiny, której towarzyszył – w rozmaitej skali - krwawy terror i nieludzkie normy postępowania. Oczywiście, neokonom bardzo daleko do faszystowskich dyktatorów i absolutnej władzy, przynajmniej pod względem dokonań; co do ich ambicji, to nie byłbym pewien… Swoje społeczeństwo, jak dotąd, zdołali jedynie zrujnować; oficjalny dług Ameryki to około 10 trylionów dolarów (ponad 20 tysięcy na głowę, włączając starców i niemowlaków; dochód narodowy na głowę, to niewiele ponad 30 tysięcy); nieoficjalny – kilka razy więcej. Ale to względne umiarkowanie neokonów w dziedzinie polityki wewnętrznej robi niewielką różnicę milionowi nieżywych Irakijczyków, i paru milionom uchodźców z tego nieszczęsnego kraju, który ma w zasięgu swych granic niebezpiecznie duże dla zdrowia ilości ropy naftowej…
Felieton Krugmana opisuje więc społeczne skutki deregulacji rynku energii elektrycznej. Była ona kiedyś uważana za "monopol naturalny"; pojęcie używane dla opisu sytuacji, gdy konkurencja pomiędzy dostawcami jakiegoś dobra jest zupełnie niepraktyczna. Nie ma najmniejszego sensu budowanie równoległych sieci kolejowych, rur gazowych, przewodów telefonicznych, ani przewodów sieci elektrycznej. Zamiast angażować się w nieprzytomne marnotrawstwo, przedsiębiorstwa uzyskują lokalny monopol na dostarczanie usługi – a w zamian za to są ściśle regulowane. Nie mogą więc wykorzystać swej uprzywilejowanej sytuacji, aby zedrzeć z odbiorców skórę. Tak też kiedyś wyglądała w Ameryce sytuacja z dostawą prądu; kompanie były odpowiedzialne za wytwarzanie i dostawę elektryczności, utrzymanie linii przesyłowych, regularną i przewidywalną dystrybucję. Przyszła deregulacja; kompanie zostały podzielone na wytwórców i dystrybutorów (ci ostatni, co prawda, dalej utrzymali lokalny monopol i byli nadal poddani regulacji, ale znacznie słabszej). Pojawiła się na rynku zupełnie nowa kategoria kompanii, takich jak Enron, które ani nie wytwarzały, ani nie dostarczały prądu, tylko pośredniczyły w zakupach. I pojawiły się możliwości manipulowania rynkiem… Kompanie były w stanie sztucznie wytworzyć stan niedoboru prądu i wykorzystać tę sytuację do uzyskania bardzo lukratywnych zysków. Efektem takich działań było zupełne rozprzęgnięcie i krach systemu energetycznego w Kaliforni – bez najmniejszego zewnętrznego powodu. Propagandyści oficjalnej wersji wydarzeń usiłowali zresztą przypisać tę aferę nadmiernie surowym przepisom ochrony środowiska – nie zaś temu, że gra toczyła się bez sędziego…
Dodatkowym efektem deregulacji było niedoinwestowanie sieci elektrycznej. Odpowiedzialność za jej utrzymanie, nie mówiąc o rozbudowie i unowocześnieniu, stała się rozmyta; kompanie, administracja lokalna, politycy zaczęli przerzucać między sobą piłkę; nie było jasne, kto miałby za co zapłacić, kto cieszyć się zyskiem, jak miałyby być zakumulowane koszty. Krugman cytuje wypowiedź innego profesora z MIT, zeznającego przed komisją federalną do spraw energetyki: ">Proceeding on the assumption that, at the present time, `the market’ will provide needed network transmission enhancements is the road to ruin." (oczekiwanie, że w obecnej chwili ‘rynek’ dostarczy potrzebnego umocnienia sieci przesyłowej, to droga do ruiny). I co? I nic. USA doświadczają nadal regularnych zapaści energetycznych; system trzyma się na słowo honoru; politycy obradują na temat reform; rzeczywistość pozostaje niezmienna.
Deregulacja rynku energii elektrycznej to tylko drobny przykład tego, co stało się w Ameryce w ciągu ostatnich dwudziestu kilku lat, doprowadzając niegdyś nieźle funkcjonujące dziedziny gospodarki do chaosu, zaniedbania, niekiedy do ruiny. Na prawo i lewo deregulowano usługi, transport, bankowość, finanse, media, zmniejszając nadzór, minimalne wymogi, sprawozdawczość, kontrolę. Skutki były w większości podobne, niezależnie od dziedziny; jednym z lepszych przykładów są amerykańskie linie lotnicze, znajdujące się obecnie, z nielicznymi wyjątkami, w jednej z trzech sytuacji: po bankructwie, przed bankructwem, lub w trakcie postępowania ugodowego. Niszcząca konkurencja; swoboda działania dla drapieżnego kapitału; wrogie przejęcia, fuzje, konsolidacje. W miejsce wielu lokalnych przedsiębiorstw powstawały mega-korporacje – często wprowadzające monopolistyczne praktyki! Lokalne banki, gazety, stacje telewizyjne i radiowe, drobni przemysłowcy i dystrybutorzy byli masowo przejmowani przez giganty w rodzaju Citibank czy Wal-Mart. Kompanie uzyskały możliwośc nieograniczonego rozwoju horyzontalnego i pionowego – na przykład General Electric ma przedsiębiorstwa zajmujące się bankowością, inwestowaniem, opieką medyczną; ma stacje telewizyjne, gazety… Czy w tych gazetach będzie można znaleźć niezależną krytykę korporacyjnej gigantomanii? Raczej wątpliwe. Za sprawą konsolidacji, w amerykańskich mediach prawie zupełnie zanikła krytyczna opinia; jak za panią matką, media powtarzają oficjalną wizję rzeczywistości i prorządową wersję wydarzeń – a społeczeństwo nie jest poinformowane o tym, jak naprawdę się mają sprawy. Chyba, że skrzecząca rzeczywistość przebije się przez barierę optymistycznego szumu informacyjnego, w którym podbrzusze Britney Spears jest ważniejsze od tego, że Kongres zaaprobował kolejne sto kilkadziesiąt miliardów dolarów na wojny w Iraku i Afganistanie.
Deregulacja finansów i bankowości miała szczególnie dotkliwe i rozległe następstwa, ponieważ funkcjonowanie całej pozostałej części gospodarki jest zależne od kondycji instytucji finansowych. A ta stawała się coraz bardziej niepewna i niejasna; przy braku dozoru i wymogów sprawozdawczości, nie było nawet wiadome, gdzie są problemy i jak są duże! Dobrym przykładem jest artykuł Pam Martens, niezależnej publicystki piszącej o finansach, o tym jak Wall Street (nieformalna nazwa nowojorskiej giełdy) wysadziła się w powietrze (How Wall Street Blew Itself Up, CounterPunch, 21-1-08). Opisuje ona wyniki przesłuchań w Kongresie i na innych forach, usiłujące dotrzeć do podłoża gigantycznych strat poniesionych przez kompanie inwestycyjne – strat, już teraz przerastających swym zasięgiem dramatyczne wydarzenia z okresu Wielkiej Depresji. Jedną z najbardziej dotkniętych firm była Citigroup, ogromny konglomerat banków i kompanii inwestycyjnych. Firma intensywnie handlowała tzw. collateral debt obligations (CDO), czyli papierami inwestycyjnymi opartymi o czyjeś zadłużenie, np. hipoteczne – i był to zupełnie nieregulowany handel, "przez ladę" (over the counter ). Brały w nim udział spore i znane instytucje (ABN AMRO, Bank of America, Citigroup, Credit Suisse, Deutsche Bank, Dresdner Kleinwort Wasserstein, Goldman Sachs, JPMorgan, Lehman Brothers, Merrill Lynch, Morgan Stanley, TD Securities, UBS). Kontrola dokonana w Citigroup dość przypadkowo natrafiła na zdumiewający fakt narastających, zaległych transakcji, które widniały w rachunkach, ale nie zostały jeszcze dokonane. We wrześniu 2005 było ich ponad 150 tysięcy (ponad 1/3 zalegała dłużej niż 3 miesiące). Wymienione powyżej partnerskie firmy stworzyły osobną kompanię na Wall Street, która zajmowała się obrotami CDO; ale szczegóły były trzymane w ukryciu, natomiast do kontroli przedstawiano jedynie zbiorcze wykazy, odległe od stanu rzeczywistego. A ta sytuacja była w ogóle możliwa "dzięki" zmianom prawnym, dokonanym pomiędzy 1980 a 1994 (Depository Institution Deregulation and Monetary Control Act of 1980; the Depository Institution Act of 1982; the Interstate Banking and Branching Efficiency Act of 1994). Najbardziej zatrważająca była zupełna beztroska, z jaką Wall Street traktowała gigantyczne masy pieniądza będącego w tym nieformalnym obrocie. W roku 2001 rynek CDO to było około tryliona dolarów (czyli tysiąca miliardów); w 2006 – 34 tryliony! Dla porównania – roczny produkt narodowy USA to było wtedy 12 trylionów…
Opóźnienia i zaległości były, prawdę mówiąc, nieuniknione, gdyż ten ogromny obrót był w dużej części dokonywany – ręcznie… Nikomu nie przyszło na myśl, aby stworzyć elektroniczny system obiegu CDO. Ale taki system wymagałby przejrzystości, a to było najwidoczniej nie w smak tytanom giełdy – czemu zresztą trudno się dziwić. Można się natomiast zadziwić nad nieśmiałością osób odpowiedzialnych za nadzór. Ale mająca nadejść katastrofa była w przygotowaniu przez kilka lat, od momentu uchwalenia przez Kongres w roku 2000 Commodity Futures Modernization Act, dającego wolną rękę instytucjom finansowym w handlu "przez ladę" papierami CDO. Martens cytuje przewodniczącą komisji nadzoru która dosłownie błagała komisję Kongresu podczas przesłuchania na temat tej przyszłej ustawy w 1998 roku, o powstrzymanie się od uwolnienia tego rynku spod kontroli. Ale zapewne większe wrażenie zrobił na kongresmenach Alan Greenspan, nawołujący do deregulacji…
Niedawno upadła firma Bear Stearns, przejęta (z gwarancją przez państwo i pieniądze podatników) przez JP Morgan, to wierzchołek góry lodowej. Góry, utworzonej przez niejasne, ukryte tranzakcje, podobne do wyżej opisanych, które tworzą tzw. "toksyczny dług", paraliżujący aktywność finansową amerykańskiej gospodarki. Ten dług dopiero zaczął się ujawniać; dopiero się przetoczy przez fundusze inwestycyjne, emerytalne, i wiele innych. Akcje Citigroup straciły w ciągu ostatnich 12 miesięcy ponad połowę wartości – i jest zupełnie niejasne, czy spadek się na tym zakończy, gdyż po prostu NIE WIADOMO, ile ten konglomerat jest w tej chwili wart. A w podobnej sytuacji są tysiące innych firm inwestycyjnych, małych, średnich, i ogromnych. Nie wiadomo, ile zobowiązań dotyczących rynku CDO, wartego (teoretycznie) 34 tryliony dolarów, zostało zawartych z obecnie niewypłacalnymi firmami; ile z nich doczeka się rzeczywistego obrachunku; ile zostanie zaksięgowanych jako straty. Nie wiadomo, ile firm stanie się niewypłacalnymi w miarę tego, jak kryzys zatacza coraz szersze kręgi. Nie wiadomo, ilu osobom przepadną emerytury. Ale Wall Street wypłaciła sobie na koniec roku ponad 30 miliardów dolarów premii; szefowie kompanii przynoszących straty i zagrożonych upadkiem dostawali dziesiątki milionów dolarów. Wolny rynek w całej swojej krasie.
Deregulację zapoczątkował Reagan, ale wszyscy kolejni prezydenci mieli w niej swój udział – włączając Clintona, skądinąd jednego z bardziej przytomnych (politycznie, nie pod względem osobistym) szefów państwa. Prawdę mówiąc, to za kadencji Clintona (w 1999 roku) została uchwalona jedna z najgorszych i najbardziej katastrofalnych ustaw (Gramm-Leach-Bliley Act) która usunęła resztki ograniczeń działalności firm finansowych, wprowadzonych po Wielkim Krachu. Ustawa z 1933 roku (Glass Steagall Act), narzuciła ostry rozdział kompetencji banków i firm inwestycyjnych i brokerskich. Banki udzielały pożyczek, przyjmowały depozyty, pośredniczyły w operacjach hipotecznych; podlegały regulacji, w zamian otrzymując państwowe gwarancje pokrycia wkładów. Kompanie inwestycyjne zajmowały się obrotem akcji i innych papierów wartościowych, na pełne ryzyko klienta, bez możliwości obrotu długiem hipotecznym. Te regulacje miały zapobiec powtórzeniu się kryzysu z lat 20-tych – i tak też zrobiły, przez 50 lat… Ustawa z 1999 roku zniosła te ograniczenia, w opinii wolnorynkowców szkodliwe i utrudniające, hamujące wzrost gospodarczy. Banki mogły więc kreować papiery wartościowe na podstawie pożyczek hipotecznych, sprzedawać je firmom inwestycyjnym, które z kolei mogły tworzyć wiązanki tych "produktów finansowych" i sprzedawać je funduszom inwestycyjnym i wszelkim innym prywatnym i instytucjonalnym inwestorom – i ta radosna twórczość, rozdęta do nieprzytomnych rozmiarów, doprowadzila do obecnego chaosu. Nie wiadomo, kto, komu, oraz ile jest winien; nie wiadomo, jaka część wkładów ma być gwarantowana; wartość rozmaitych wiązanek była ustalana sztucznie, ponieważ większość z nich nigdy nie była przedmiotem wolnego obrotu. I nie wiadomo, co robić. Pozwolić na upadłość setek (jeśli nie tysięcy) instytucji finansowych? Usiłować jej zapobiec, wkładając coraz więcej funduszy w dziurę bez dna? Wprowadzić znienacka do wolnego obrotu papiery inwestycyjne, warte (teoretycznie) TRYLIONY dolarów? Kto by je miał kupować? Skąd wziąć fundusze na doprowadzenie do końca zaległych tranzakcji? Rynek finansowy Ameryki jest na skraju zupełnego paraliżu – banki nie mają pieniędzy na udzielanie pożyczek; inwestorzy nie mają ochoty kupować papierów wartościowych o zupełnie niewiadomej wartości; firmy zajmujące się ubezpieczaniem obrotów giełdowych nie znają wysokości swoich możliwych zobowiązań. A sternicy amerykańskich finansów wygłaszają banialuki o tym, jak mocne i solidne są podstawy gospodarki, sytuacja jest pod kontrolą, dolar się umacnia… Nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać.
Na tym (na razie) zakończę rys historyczny o źródłach kryzysu. Ponieważ sytuacja może się zacząć raptownie zmieniać, przesunę swoją uwagę na wydarzenia bieżące z dziedziny amerykańskiej gospodarki i finansów. Myślę, że będę w stanie publikować przynajmniej jeden komunikat z placu boju na miesiąc. Życzę swoim Czytelnikom udanych wakacji letnich i wszelkiej pomyślności.
Witold Ferens
Moscow, Idaho, USA
6 lipca 2008.