Pełzające zmiany ustrojowe w Stanach Zjednoczonych
August 6th, 2008
To, co się dzieje z amerykańskimi rynkami finansowymi, ma obecnie więcej wspólnego z hipnozą, masową deluzją, i przemianami świadomości, niż z pieniędzmi jako takimi. Kongres jest zahipnotyzowany – wpatruje się w tę odbywającą się w zwolnionym tempie katastrofę, nie robiąc praktycznie nic, oprócz przesłuchań z których niewiele wynika; przedstawiciele rządu głoszą banialuki i dyrdymały, dając kolejne dowody zupełnego zdezorientowania; a inwestorzy giełdowi zaczynają pokazywać Nową Postawę. Kiedyś o wartości inwestycji decydował dochód, jaki przynosiła, bądź stwarzała szanse przyniesienia; w tej chwili największą wartością na rynku giełdowym jest SZCZEROŚĆ. Wielu komentatorów jeszcze tego nie dostrzegło, więc zupełną zagadką są dla nich najnowsze ruchy cen akcji banków, które poniosły straty lub zapowiedziały ich poniesienie – co spowodowało WZROST kursów. Zdumiewające. Wachovia, jeden z większych banków amerykańskich, ogłosił 22 lipca straty z ostatniego kwartału w wysokości 8,9 miliardów USD – po czym jego akcje wzrosły o 27% w ciągu jednego dnia. Inny dość spory bank, Washington Mutual, ogłosił stratę 3,3 miliarda, oraz zapowiedział następne, przewidując nadchodzące bankructwa dłużników hipotecznych – i został nagrodzony wzrostem cen akcji o 6,2%. Inwestorzy najwidoczniej lubią słyszeć prawdę, nawet bolesną. Jeżeli taka przemiana świadomości ma miejsce, to byłby to jeden z niewielu pozytywów tej całej finansowej tragifarsy. Jest to zresztą dość racjonalna postawa, ponieważ stwierdzenie stanu faktycznego jest niezbędne do wykonania jakichkolwiek działań naprawczych, więc bank otwarcie mówiący o swojej sytuacji stwarza przynajmniej nadzieję podjęcia sensownych działań w przyszłości – co może pozwolić odzyskać choć trochę pieniędzy włożonych w akcje…
Rozmijanie się z prawdą to odwieczna tradycja amerykańskich rządów, ale dokonania administracji Busha Młodszego w tej dziedzinie biją na głowę osiągnięcia ich wszystkich poprzedników razem. Wojna w Iraku; stan finansów państwa; ubezpieczenia społeczne; mająca miejsce zmiana klimatu; zatrucie środowiska; sytuacja gospodarcza; walka z terroryzmem – w tych i wielu innych sprawach, stanowisko rządu to mieszanina nieprawdy, urojeń, oraz wybiórczej postawy wobec rzeczywistości, z rzadka przeplatanych okruchami informacji mającej związek z realiami. I zaczyna to przynosić skutki, choć zapewne nie takie, jakich oczekują rządowi propagandyści.
Niecały miesiąc temu (11 lipca) upadł średnich rozmiarów bank kalifornijski (Indybank). Samo w sobie nie jest to specjalnie niezwykłe – bankom zdarzają się upadki, zwłaszcza kiedy wśród klientów rozejdą się pogłoski o nadchodzącym upadku. Żaden bank nie wytrzyma naporu, jeżeli choćby kilka procent posiadaczy kont zechce wycofać wkłady, a w chwili paniki jest to znacznie większa część niż kilka procent… Niezwykłe było natomiast to, że policja – w pełnym uzbrojeniu - musiała interweniować w większości oddziałów banku, utrzymując porządek w tłumach ludzi wycofujących pieniądze. Ich wkłady były ubezpieczone przez federalną instytucję ubezpieczeń wkładów (FDIC), do wysokości 100 tysięcy dolarów. Ten fakt był wielokrotnie przytaczany przez dostojników państwowych, ale nie zmniejszyło to kolejek, a może i wręcz przeciwnie. Rząd amerykański powoli zaczyna więc odkrywać, że skutkiem kłamliwości jest utrata wiarygodności. Lepiej późno niż wcale… I nie idzie o to, że ludzie nie wierzą w zapewnienia rządu; jest już o wiele gorzej. Ludzie nie zwracają uwagi na zapewnienia rządu. A to jest bardzo niedobra sytucja, niezależnie od rodzaju reżimu. Pod względem skuteczności, lepiej jest być nawet znienawidzonym rządem, niż lekceważonym.
W USA zachodzą więc istotne zmiany ustrojowe – dokonywane nie tyle potajemnie, ile nieoficjalnie i być może nieświadomie. Rząd proponuje de facto upaństwowienie dwóch największych amerykańskich organizacji finansowych, pośredniczących w udzielaniu pożyczek hipotecznych, popularnie znanych jako "Freddie Mac" i "Fannie May" (od akronimów nazw, np. Federal National Mortgage Association). Stworzone w latach 30-tych, miały zwiększyć płynność na rynku hipotecznym, wykupując od banków hipoteczne długi – co umożliwiało bankom udzielanie nowych pożyczek. Operacje F&F były regulowane przez państwo (dzięki czemu te instytucje są w nienajgorszym stanie finansowym, bez porównania lepszym niż cała reszta) i dysponowały "milczącymi" gwarancjami federalnej pomocy w razie potrzeby. Mając status przedsiębiorstw "sponsorowanych", rozwinęły się w ciągu 50 lat w finansowe giganty; obecnie zawiadują długami opiewającymi na więcej niż PIĘĆ TYSIĘCY miliardów dolarów, co stanowi 40% dochodu narodowego brutto. W ostatnich kilku latach, operacje firm wyszły znacznie poza granice wytyczone przez regulatorów; Fannie i Freddie dokonywały ryzykownych tranzakcji (choć wciąż w rozmiarach niedużych w porównaniu z finansowym bagnem wtórnych "instrumentów kredytowych", w którym teraz grzęźnie prywatny rynek monetarny) i F&F stoją w obliczu możliwych strat, mogących doprowadzić do utraty płynności finansowej. Ich upadek byłby społecznym odpowiednikiem trzęsienia ziemi, o sile szóstego stopnia w skali Richtera, na całym obszarze kraju. Rząd zamierza więc udzielić tym instytucjom gwarancji finansowej – w całkowitej niezgodzie z konstytucją, według której Kongres ma wyłączny monopol na wydatkowanie społecznych pieniędzy, nie mogący być przedmiotem delegacji… Kongres może przeznaczać jedynie konkretne sumy na konkretne cele – natomiast panowie Paulson (sekretarz skarbu) oraz Bernanke (szef Rezerwy Federalnej) pragną dysponować otwartym kredytem rządowym, by móc dokonywać interwencji według swojego uznania. To już nawet nie jest socjalizm, tylko monarchiczna władza, pobierająca od ludności podatki i rozporządzająca nimi według swego uznania. Nawiasem mówiąc, szefowie Freddiego i Fannie otrzymali niedawno gigantyczne wynagrodzenia (za Robert Borosage, Huffington Post, 15-07-2008). Za rok 2007, pierwszy dostał wypłatę ponad 18 milionów, drugi ponad 13. Obie instytucje poniosły zaś straty – ponad 2 tysiące miliardów, oraz doznały sporego spadku cen akcji. Wolny rynek – dla niektórych.
Dla zobrazowania sytuacji pragnąłbym przedstawić opinię specjalisty – jednego z tych, którzy od wielu lat usiłowali dotrzeć do opinii publicznej z trzeźwą (i niekiedy proroczą) krytyką polityki rządu. William Greider, publicysta lewicowego pisma The Nation , autor książki "One World, Ready or Not. ", napisał w roku 2005 co następuje (oryginalny text na stronie pt. Źródła).
[…] Podobnie jak przywódcy radzieccy, establiszment amerykański jest urzeczony utopijnymi przekonaniami – do których należy ortodoksja wolnego, globalnego handlu. Stany Zjednoczone będą mieć w roku 2005 kolejny rekordowy deficyt wymiany handlowej, możliwe że o 25% większy niż w poprzednim roku. Nasza sytuacja zadłużenia zagranicznego – produkt wieloletniej akumulacji coraz większych deficytów handlowych – znajduje się w coraz większym zagrożeniu, z powodu raptownie narastającego procentu składanego, który szczególnie wzrósł w ciągu ostatnich pięciu lat [G.W. Bush objął rządy w roku 2001 – WF]. Nasze zagraniczne zadłużenie obecnie wynosi 25% produktu narodowego brutto, i osiągnie 50% w ciągu czterech czy pięciu lat, jeśli nic się nie zmieni.
Przez lata, elity zbywały narastające zagraniczne zadłużenie jako trywialny problem. Obecnie, kiedy nie da się już go obojętnie pominąć, przyznają iż jest nie do utrzymania (unsustainable ). Jest to eufemistyczne określenie, które oznacza: dalej tak się nie da, a przynajmniej nie bez bardzo niemiłych konsekwencji dla amerykańskiego poziomu życia. Ale po co niepokoić społeczeństwo? Władze przecież zapewniają, że podejmą właściwe działania, kiedy będzie to potrzebne.
Reporterzy i redaktorzy idą za przykładem swoich "wpływowych" źródeł i uczonych ekspertów od byznesu, finansów, i rządu. Gdyby media przedstawiły tę sytuację jako utratę decydującej pozycji w globalnym systemie przez jedyne supermocarstwo, popadające w uzależnienie od strategicznych rywali takich jak Chiny, ludzie zwróciliby na to uwagę. Ale rządzące elity uznałyby taką przejrzystość za podburzanie opinii. Tak więc niebywały problem amerykańskiego handlu jest przedstawiany inaczej – jako ezoteryczna i wysoce techniczna dyskusja o wartości walut, dolara wobec chuana. Ten sztuczny kontekst gwarantuje, że obywatele będą zdezorientowani i zagubieni.
Możliwość, że Stany Zjednoczone nie są w stanie dłużej funkcjonować w globalnym handlu, przynajmniej według dotychczasowych zasad, nie jest czymś co czynniki opiniotwórcze miałyby chęć otwarcie dyskutować. Kilka odważnych osób starało się przedstawić sprawę jasno, nawołując do znaczących zmian w polityce, potrzebnych do zatrzymania gospodarczego wykrwawiania się. W opinii Warrena Buffeta, legendarnego finansisty, Stany Zjednoczone są nad drodze do utworzenia nie "społeczeństwa posiadaczy", tylko "społeczeństwa parobków rolnych". Ale jego analiza jest lekceważąco odrzucana, wraz z innymi podobnymi do niej.
Prawdziwa debata mogłaby zacząć się od paru heretycznych pytań: Dlaczego Stany Zjednoczone są jedną z niewielu zaawansowanych gospodarek, cierpiących na bezustanny deficyt handlowy? Dlaczego porozumienia handlowe, wbrew oficjalnym prognozom, zawsze pogłębiają amerykańską dziurę finanasową, wyprowadzając miejsca pracy poza granice kraju? Jak można wytłumaczyć 30-to letni okres stagnacji zarobków, będący amerykańską osobliwością? Czy mamy wierzyć, że wszyscy są od nas bardziej konkurencyjni, czy też po kryjomu łamią reguły? Przez ostatnie trzy dekady, amerykańscy decydenci byli w stanie zmniejszyć deficyt wymiany handlowej jedynie podczas recesji… […]
W roku 2008 te słowa są znacznie bardziej aktualne, niż trzy lata temu.
Witold Ferens