Godzina prawdy dla Kalifornii; przestroga dla USA

June 18th, 2009

     Kalifornia jest bankrutem, nawet gdy ten stan rzeczy nie jest (jeszcze) nazwany po imieniu. Jest to niezmiernie istotne, ponieważ jest to najludniejszy stan Ameryki i znacząca siła gospodarcza (wolno stojąca Kalifornia byłaby piątą gospodarką świata); po drugie, wydarzenia w Kalifornii zwykle wyprzedzają rozwój sytuacji w reszcie kraju. Obserwując ten stan, Amerykanie mają pewien wgląd w to, co ich spotka. Prawdę powiedziawszy, to sytuacja finansowa USA jest znacznie gorsza od sytuacji Kalifornii; oficjalne zadłużenie państwa to blisko 40 tysięcy dolarów na obywatela, a rzeczywiste, czyli uwzględniające już poczynione zobowiązania, które trzeba będzie realizować w nadchodzących dekadach, jest parokrotnie wyższe. I podobnie jak Kalifornia, USA nie są w stanie uporządkować swoich finansów, mając od dziesiątek lat deficyt budżetowy, narastający dług, oraz deficyt handlowy i rachunków bieżących.

     Obecne problemy Kalifornii są w pewny stopniu skutkiem sukcesu. Przez dziesięciolecia był to (i pod pewnymi względami nadal jest) bardzo przyciągający, atrakcyjny stan. Wspaniały klimat i przyroda, pasatowe wybrzeże Pacyfiku, góry, lasy, pustynie, bogata kultura, aktywność artystyczna i literacka San Francisco i Los Angeles, mieszanka etniczna, stosunkowo niewiele otwartego rasizmu – dla wielu osób jest to więcej niż warte trzęsienia ziemi parę razy na rok. Z uwagi na swoją atrakcyjność, Kalifornia mogła przebierać wśród chętnych do objęcia posad i urzędów jak w ulęgałkach. Ukoronowaniem sukcesu była słynna Dolina Krzemowa, wiodąca prym w rozwoju techniki elektronicznej i komputerowej. Interes się kręcił, ludzie napływali, ceny domów stały się niebotyczne, dochody stanowe pozwalały na regularne obniżki podatków, dobrobyt był niemalże gwarantowany. Rozwinęły się usługi socjalne, opieka medyczna, związki zawodowe; stan gwarantował bądź zapewniał opiekę medyczną, rozmaite zasiłki, pomoc dla imigrantów (legalnych i nie). Jak to nierzadko bywa, polityczne sfery Kalifornii doznały zawrotu głowy od sukcesów i popadły w nirwanę. Zamiast stworzyć rezerwowy fundusz na chude lata, wydali wszystkie pieniądze, a nawet zaciągnęli długi – na rozwój, rzecz jasna. Rozwój ograniczył się głównie do pomnożenia stanowej biurokracji, która stała się niewydolna, przerośnięta i dysfunkcjonalna; w finansach zapanował chaos; w życiu politycznym dokonała się całkowita schizofrenia. Republikanie osiągali sukces wyborczy obiecując obniżki podatków (lub przynajmniej niedopuszczenie do podwyżek), a Demokraci – obiecując utrzymanie zasiłków, emerytur, stanowisk. W większości okręgów wyborczych wynik wyborów jest z góry przesądzony, dzięki geograficznemu ukształtowaniu zapewniającemu jednej z partii wygraną; ta praktyka dostosowywania kształtu okręgu do wyborczej demografii, znana jako „gerrymandering”, jest dość rozpowszechniona w Stanach; szczytowy poziom osiągnęła w Kalifornii i Teksasie. Efektem jest paraliż polityczny; partie mogą się nawzajem skutecznie blokować, i zwykle na tym poprzestają. Większościowy system wyborczy i jednomandatowe okręgi są ostatecznym czynnikiem politycznego bezwładu i uniemożliwiają nawet inkrementalne działania dla poprawy stanu rzeczy. Proces polityczny już od dłuższego czasu nie wyłania osób potrafiących i pragnących działać na rzecz ogólnego dobra, interesu społecznego, oraz przyszłości. Obywatele stanu są w większości zrezygnowani albo obojętni, i niechętni do angażowania się w polityczną działalność; polityka stała się domeną wąskich grup interesu i katastrofalnie spadła frekwencja wyborcza (obecnie jest to poniżej 25%). Miary chaosu dopełnia swoista osobliwość polityczna Kalifornii w postaci referendum obywatelskiego, pozwalająca grupom obywateli proponować zmiany ustawodawcze do powszechnego przegłosowania. Taka możliwość ma swoje teoretyczne dobre strony, ale nadużywanie systemu referendalnego dla wąskich celów politycznych zmieniło go w tragikomedię. Nawet pojedyncze osoby, mające dostęp do czyjegoś finansowego zaplecza, są w stanie zorganizować grupę nacisku, kupić czas antenowy, i wprowadzić propozycje na wyborcze mandaty. Tych propozycji już od lat jest za wiele, aby wyborcy mieli szanse je przetrawić – a na domiar złego, są one często źle sformułowane i trudne do zrozumienia. Dla kogoś niezorientowanego w temacie może być nawet zupełnie niejasne, jakie są konsekwencje głosowania „za” albo „przeciw”. Konstytucja stanu jest długa i zbyt skomplikowana; najlepiej byłoby uchwalić zupełnie nową, ale to wymagałoby masowego ruchu społecznego, na co szanse są niewielkie wobec politycznego rozbicia. Obywatelskie niezadowolenie nie ma więc sposobu na to, aby się politycznie przejawić, poza bojkotem wyborów. Jest to zresztą ogólny problem dla USA, i dotkliwa konsekwencja większościowego systemu wyborczego, ale pod tym względem Kalifornia zdecydowanie przoduje.

     Na kalifornijski krach finansowy złożyło się wiele przyczyn, ale jedna z bardziej bezpośrednich to dość absurdalny system uchwalania stanowego budżetu, a konkretnie dwa niedorzeczne przepisy: po pierwsze, wydatki i podatki są uchwalane osobno, po drugie – uchwały budżetowe muszą zapadać 60-cio procentową większością. Tego rodzaju przepisy trafiają się i w innych stanach, ale Kalifornia jest jedynym, który ma oba naraz – i ta kombinacja okazała się letalna. Brak związku pomiędzy podatkami a wydatkami doprowadził do ustawicznego kryzysu finansowego i pokrywania wydatków przez zaciąganie kredytów oraz podejmowania zupełnie nieodpowiedzialnych uchwał. Dopóki trwała gospodarcza hossa, można było odsuwać w przyszłość moment rozliczenia, zaciągając pożyczki i przedstawiając optymistyczne prognozy. Ale to się skończyło; Kalifornii grozi utrata uprzywilejowanego statusu AAA pożyczkobiorcy, a to się wiąże ze znacznie wyższym oprocentowaniem pożyczek. Przychodzi godzina prawdy. Za kilka tygodni rząd stanowy przestanie funkcjonować, z braku funduszy. Nie będzie z czego opłacać nauczycieli, policjantów, strażaków; nie będzie czym wypłacać emerytur. Jeżeli nie zostanie uchwalona realistyczna ustawa budżetowa, to nie bardzo będzie jasne, co ma się dziać dalej. Komisaryczny zarząd, ustanowiony przez rząd federalny? Stan wyjątkowy? Racjonowanie żywności i benzyny? Nie wiadomo. Powinny być przyjęte jakieś konkretne postanowienia, ale politycy najwidoczniej liczą na cudowne wybawienie.

     Można by zacząć od dekryminalizacji marihuany i wypuszczenia na wolność tysięcy ludzi trzymanych w więzieniach za jej palenie. Przyniosłoby to parę miliardów oszczędności, nie mówiąc o poprawie losu ludzi, którzy nie mają pieniędzy na Prozac, a chcieliby jakoś sobie radzić z depresją i przygnębieniem, wypalając czasem skręta. Minimalne podwyższenie opłat za rejestrację samochodu przyniosłoby dalsze miliardy; rewizja niemożliwego do utrzymania systemu emerytalnego pracowników rządowych wprowadziłaby element realizmu do całej sytuacji. A co proponuje gubernator (jak go czasem nazywają, „governator”)? Zamknąć parki narodowe. Oszczędności? Siedemdziesiąt milionów dolarów, czyli całe dwa dolary na mieszkańca stanu. Zamknięcie tych parków przyniosłoby, oczywiście, ogromne straty oprócz tych niewielkich oszczędności; dziesiątki miejscowości straciłoby podstawę utrzymania; gospodarcze reperkusje byłyby dotkliwe, i mogłyby doprowadzić do zupełnej recesji. Po prostu szkoda słów.

     Nadchodzące miesiące dostarczą wielu okazji do przetestowania instynktu samozachowawczego kalifornijskich polityków oraz obywateli, którym zagraża, że będą pozostawieni swojemu losowi. Jest oczywiście możliwe, że krach spowoduje przemianę stanu świadomości, wymusi na politykach konieczne działania dostosowawcze, i przełamie obecny paraliż polityczny. Jeśli tak się stanie, to będzie to dobra wróżba dla Stanów Zjednoczonych, dla których też nadchodzi godzina prawdy. Aby sfinansować bieżące wydatki, USA będą musiały uzyskać parę tysięcy miliardów dolarów ze sprzedaży obligacji, do końca tego roku. A czy ktoś będzie chciał – i mógł – kupić taką ilość? Oto jest pytanie.

Share/Save/Bookmark

Biuletyn z pokładu “Titannica” #1.

May 16th, 2009

     Państwowa nawa USA z narastającą szybkością zbliża się do oczekujących na nią gór lodowych. Do niedawna głównym zagrożeniem były trudności gospodarcze i kryzys finansów; teraz do groźby krachu gospodarczego doszła groźba zupełnego upadku moralnego. Ujawnione niedawno dokumenty dotyczące stosowania tortur wobec podejrzanych o udział w terrorystycznych konspiracjach odsłoniły skalę deprawacji i odczłowieczenia osób zajmujących kierownicze stanowiska w poprzedniej administracji – jak też i moralną nędzę tych, co „wykonywali rozkazy”. Od czasu procesu norymberskiego, nie jest to zbyt efektywne usprawiedliwienie przestępczych dokonań – ale to nie przeszkodziło Obamie udzielić zbiorowego rozgrzeszenia funkcjonariuszom, którzy torturowali dla społecznego dobra i bezpieczeństwa… Obama coraz szybciej zamienia się w ciemnoskórego Busha, stawiając pod znakiem zapytania swoje kompetencje do sprawowania urzędu. W pewnym sensie zachowuje się nawet gorzej od swego poprzednika: potajemne (jeśli można to tak nazwać) dokonywanie nielegalnych i kryminalnych czynów - to jedno; odmowa wyciągnięcia konsekwencji wobec sprawców, gdy wyszły one na jaw- to coś drugiego, być może nawet i gorszego.

     Oczywiście, Stany Zjednoczone zawsze torturowały, nawet specjalnie się z tym nie kryjąc – począwszy od wojen indiańskich i niewolnictwa, poprzez lincze czarnych obywateli po oficjalnym zniesieniu tego ostatniego, finansowane przez siebie szwadrony śmierci w Gwatemali i innych latynoskich dyktaturach, terrorystyczne działania nikaraguańskich „contras”, utajnione praktyki CIA (często oficjalnie zabronione) – torturowanie i mordowanie ludzi podejrzanych o wrogość wobec USA, bądź nieprzychylnie nastawionych do amerykańskiej „realnej polityki” nie jest niczym nowym. To, co jest nowe, to otwarte przyznanie się do gwałcenia konwencji, ustaw, oraz regulaminów nakazujących humanitarne traktowanie aresztantów, więźniów, podsądnych, i wszelkich innych osób, które znalazły się w rzeczywistym bądź domniemanym konflikcie z aparatem przymusu i przemocy. Nowym elementem jest także usprawiedliwianie tortur, jeśli nie wręcz pochwała, płynące z ust rozmaitych utytułowanych osobistości, ze stopniami naukowymi (np. prawa!!!) bądź dorobkiem publicystycznym (pomijając często żałosną jakość tego ostatniego).

     Oficjalne media robią, co mogą, aby zagmatwać sprawę, bądź przedstawić kwestię tortur (będących nota bene zbrodnią wojenną, zabronioną przez podpisane przez USA konwencje oraz wewnętrzne przepisy) jako przedmiot niezdrowego zainteresowania „liberałów”, którzy używają doniesień o „torturach” (w cudzysłowie, bo przecież Ameryka nie torturuje, skądże znowu) jako pretekstu, aby móc się odegrać na republikańskiej administracji. Liberałowie chcieliby się pieścić z terrorystami, zamiast wycisnąć z nich wszelkie informacje przydatne dla zapewnienia Ameryce „bezpieczeństwa”. Te wszystkie konwencje genewskie, i inne staromodne ciekawostki dla pięknoduchów… Kiedy państwo jest w niebezpieczeństwie, trzeba użyć siły. Obecne starcie pomiędzy elitami (???) władzy i społeczeństwem (a przynajmniej jego protestującą częścią) to walka o duszę Ameryki, jak to sformułował twórca wideo komentującego ideę puszczenia w niepamięć przestępstw i wybaczenia inicjatorom i mocodawcom „twardych przesłuchań”. [dodatek z 20 Maja] “Salon” opublikował listę trzynastu osobistości, w największym stopniu odpowiedzialnych za torturowanie, wraz z ich dokonaniami w tej dziedzinie (memoranda, argumentacja, uzasadnienia, itp.) artykuł

     To, co pozwala żywić jeszcze jakąś nadzieję co do losów Ameryki, to narastający protest społeczny. Jest on pilnie skrywany i przemilczany przez oficjalne media, ale istnieje dzięki internetowi. Wypowiedzi na internetowych forach dostarczają odtrutki na jadowite ględzenie apologetów przemocy i okrucieństwa. Huffington Post, Salon, AlterNet, Smirking Chimp, i wiele innych blogów w coraz większym stopniu wykonują rolę społecznych środków przekazu. Oczywiście, sensowne wypowiedzi pojawiają się i w oficjalnej prasie – New York Times czasem coś bąknie o nieprawidłowości stosowania tortur, Atlantic Monthly opublikuje artykuł, New Yorker dostarcza miejsca na swoich łamach dla dziennikarzy z prawdziwego zdarzenia. Rachel Maddow, mająca swoją audycję w telewizji NBC, to prawdziwy i rzadki klejnot dziennikarskiej rzetelności. Rzecznicy tortur mają w oficjalnych mediach przewagę liczebną – krytycy rządowych poczynań są rzadko dopuszczani do głosu (tortury nie są tu specjalnie odmienne pod tym względem od posunięć gospodarczych i polityki zagranicznej). Ale się pojawiają. Być może mediom będzie coraz trudniej udawać, że reprezentują opinię społeczną. Nawiasem mówiąc, trudno się dziwić, że kolejne pisma upadają. Coraz więcej ludzi sobie uświadamia, że „prasa kłamie” - przedstawia świat w sposób tak wybiórczy, zniekształcony, i poddany potrzebom propagandy, że nie ma powodu, aby kupować gazetę. W coraz większym stopniu media internetowe przejmują rolę informacyjną. Telewizja się trzyma, dzięki reklamom i transmisjom sportowym – ale coraz bardziej się zbliża do poziomu peerelowskiego Dziennika Telewizyjnego.

     Memoranda rządowych prawników, żonglujących słowami i przepisami w celu zalegalizowania tortur, pokazują w całej rozciągłości powstałą przepaść pomiędzy rządzącymi i rządzonymi. Do niedawna był to podział głównie majątkowy; teraz doszedł emocjonalny. Ludzie pragną zrobienia śledztwa i ukarania winnych; elity pragnęłyby zapomnieć o „trudnej przeszłości” i skupić się na obecnych zagadnieniach. Po co śledztwa, kiedy należy patrzeć w przyszłość… A co miałoby tę przyszłość uchronić od powtórzenia tego, co się działo w ostatnich kilku latach, jeśli sprawcy przestępstw nie zostaną ukarani? Gadające głowy nie przejmują się takimi drobiazgami – oraz innymi. Słuchając wystąpień obrońców haniebnych praktyk poprzedniej administracji, doznaję mieszanych uczuć – obrzydzenia, zgrozy, i litości. Rzecznicy tortur są tym bardziej żałośni, że nie zdają sobie kompletnie sprawy ze swojego upadku.

     Obiecywana zmiana przyszła i poszła. Prezydent O’Zmiana zamierza utrzymać utworzone przez swego poprzednika wojskowe sądy kapturowe mające sądzić „terrorystów”, zidentyfikowanych jako takich przez nieomylny i pełen czystych intencji aparat państwowej przemocy. Skąd ma być wiadomo, że ktoś jest terrorystą? To jasne – terrorysta ma śniadą skórę, turban na głowie, brodę, krzaczaste brwi, i zacietrzewione spojrzenie, przeniknięte nienawiścią do wolności i demokracji. A jeżeli zdejmie turban, zgoli brodę, przystrzyże brwi, i przybierze łagodny wyraz twarzy, dla niepoznaki? To się go weźmie na spytki! Dostanie parę kuksańców w żebra, podynda parę godzin powieszony za nogi pod sufitem, poleży parę dni w swoich odchodach, przykuty do podłogi, słuchając bez przerwy (żeby mu się nie nudziło) muzyki w entuzjastycznym wykonaniu zespołów perkusyjnych – i się przyzna! A jak nie, to jeszcze trochę wody na szmatkę na twarzy. Przyzna się do terroryzmu – i wszystkiego innego, o co będzie zapytany! Tortury? Jakie tortury? Przecież żyje, nieprawdaż? A że zgięty w pół, trzęsie się i nie dosłyszy – no, jak ktoś chce zadzierać z Ameryką, to musi być przygotowany na konsekwencje! Nota bene, ponad 100 osób zostało zabitych przez tortury, więc argument, że znęcanie się nad uwięzionymi nie jest torturą, jeżeli pozostawia więźnia przy życiu, nie bardzo jest do zastosowania. Apologeci tortur mają coraz mniej miejsca na logiczne łamańce. Być może dlatego były wiceprezydent Cheney zdecydował się na frontalną konfrontację. Chociaż nie używa terminu „tortury”; mówi o „ostrych metodach” przesłuchania (harsh interrogation). Też zresztą zabronionych przez konwencję genewską… Ale, jak wiadomo, USA nie są zobowiązane do przestrzegania podpisanych przez siebie paktów. Muszą mieć swobodę działania, aby skutecznie walczyć o wolność i demokrację dla całego świata.

      Amerykańskie elity muszą dokonać wyboru – czy chcą mieć państwo cywilizowane, czy nie. Miarą cywilizacji jest sposób traktowania bezbronnych – do których należą domniemani bądź skazani sprawcy terrorystycznych zamachów, i wszelkich innych podłych, okrutnych, krwawych i odrażających zbrodni. Jeśli chcemy się uważać za cywilizowanych ludzi, to musimy traktować podejrzanych, oskarżonych, i skazanych za takie czyny z szacunkiem dla ich człowieczeństwa i godności – nawet jeśli wydają się oni całkiem pozbawieni tych cech. Sprawiedliwość to nie odwet; każdemu należy się domniemanie niewinności; zdarzają się pomyłki sądowe oraz „wrobienie” w przestępstwo. Ale najważniejsze jest to, aby nie utracić swojego człowieczeństwa, broniąc się przed ludźmi, którzy może i utracili swoje. Tortury są niemoralne.

     Nawiasem mówiąc, utylitarny argument na rzecz tortur (że niby są skuteczne i pomocne) jest dowodem niepoinformowania i braku wyobraźni. Tortury są skutecznym sposobem – na wydobycie z przesłuchiwanych zeznań, które przesłuchujący mają chęć usłyszeć. Dlatego Bush i Cheney nakazali wielokrotne i długotrwałe torturowanie ujętych członków Al Kaidy – aby usłyszeć o powiązaniach pomiędzy tą organizacją a Saddamem Hussainem. Fachowcy od przesłuchań zgodnie twierdzą, że tortury dostarczają niepewnych informacji, uzyskiwanych znacznie wolniej niż przy zastosowaniu legalnych metod – a przy tym obarczają śledztwo mnóstwem urojonych bądź zmyślonych stwierdzeń, przy pomocy których torturowani usiłowali uniknąć dalszych cierpień. Były wiceprezydent Cheney, objeżdżający Amerykę dla propagowania swej tezy, że dzięki torturom Ameryka była bezpieczna, popisuje się swoją krańcową ignorancją (nie mówiąc o nikczemności). Agenci FBI patrzyli z przerażeniem na poczynania stosujących tortury śledczych CIA i wojska, i kolejno byli odsuwani od ścigania terrorystów. Teraz niektórzy mówią o swoich doświadczeniach. A co do tego „bezpieczeństwa” - administracja Busha zaprzepaściła szansę zapobieżenia atakowi z 11 września, kiedy zlekceważyła referat poprzedniej administracji na temat planów Al Kaidy, oraz doniesienia wywiadu o podejrzanej aktywności na terenie USA… Na 100 dni przed zamachem, Bush otrzymał sprawozdanie CIA, stwierdzające, że Ben Laden ma zamiar dokonać ataku. Nie trzeba było tortur, wystarczyłoby trochę uwagi i wysiłku. Teraz Cheney tworzy mityczną wersję najnowszej historii – a dziennikarze, przyzwyczajeni do tego, by jeść z rządowej ręki, pozwalają mu bezkarnie głosić kompletne banialuki.

     Jak powiedział Martin Luter King, koło historii obraca się powoli, ale we właściwą stronę. Trzeba poczekać… Myślę, że będzie gorzej zanim będzie lepiej – ale będzie i lepiej. Amerykańskiemu imperium pozostało już niewiele żywota. Kto kupi amerykańskie obligacje, kiedy Chiny się wycofają? Kto będzie chciał trzymać dolary, jeśli jedyne co się da za nie kupić, to obligacje amerykańskie? (A to tylko kwestia czasu). Wygląda na to, że rządzący Ameryką ludzie już utracili kontakt z rzeczywistością – nie wiadomo tylko, kiedy rzeczywistość utraci kontakt z nimi.

Witold Ferens
Moscow, Idaho. 16 maja 2009

Share/Save/Bookmark

Kryzys i oligarchia finansowa - nieprzyjemna prawda o Stanach Zjednoczonych

April 19th, 2009

       W USA narasta konfrontacyjny nastrój pomiędzy społeczeństwem a rządem. Niedawno w całym kraju miały miejsce publiczne protesty przeciwko rozdętym wydatkom rządowym i wysokiemu opodatkowaniu. Nawiasem mówiąc, wiele osób spoza USA ma błędne przekonanie, że podatki w tym kraju są „niskie”. Jest to częściowo prawda – federalny podatek od dochodu (income tax) wynosi jedynie 25-35%, zależnie od progu, a dochody osób zamożnych i ultra-bogatych są opodatkowane w niewielkim stopniu (podatki od zysków kapitałowych, odziedziczonego majątku, itp. są skromne). Ale zwykli ludzie płacą podatek na ubezpieczenia socjalne (tylko pierwsze 75 tysięcy $$ jest tym objęte, więc ktoś zarabiający parędziesiąt tysięcy płaci znacznie wyższy podatek od kogoś mającego setki tysięcy lub miliony dolarów wynagrodzenia); jest podatek na Medicare (opieka lekarska dla osób powyżej 65 roku życia); podatek stanowy; podatek od sprzedaży. A za ubezpieczenie medyczne trzeba płacić z własnej kieszeni; niewielu pracodawców jest w stanie dostarczyć takiego ubezpieczenia, a jeszcze mniej obejmuje nim rodzinę… A co podatnicy mają z tych pieniędzy? Wojny i wykupy bankowych długów; na edukację, powszechną opiekę lekarską, masowy transport, i inne służące społeczeństwu przedsięwzięcia nie ma pieniędzy… Rozziew pomiędzy nastrojami społecznymi i poczynaniami rządu jest więc coraz większy; do ludzi zaczyna stopniowo docierać, że rząd marnuje tysiące miliardów, pozostawiając społeczeństwo swojemu losowi. A jak dobrze wiadomo, najbardziej niebezpieczny dla reżimu jest moment, kiedy ma miejsce poluźnienie – i takie poluźnienie niewątpliwie można teraz obserwować, po ośmiu latach dyktatorskich rządów Busha Młodszego. Nawet jeśli to poluźnienie ogranicza się głównie do retoryki…

       Coraz bardziej oczywisty jest fakt, że amerykańska finansjera trzyma rząd USA na krótkiej smyczy. Larry Summers, szef zespołu ekonomicznego Obamy, „zarobił” w poprzednim roku ponad 5 milionów $$$, wygłaszając prelekcje dla czołowych osobistości Wall Street i wspierając Goldman Sachs, Shaw, i parę innych kolosów swoimi radami. (Artykuł Glena Greenwalda w Salon. Z uwagi na wieloletnie związki Obamy i Summersa, łatwo było przewidzieć, że zwycięstwo wyborcze pierwszego będzie się łączyć z wysoką rządową pozycją drugiego. Za odrobinę gotówki finansiści zakupili lojalność rządu – i jak dotąd, dobrze na tym wychodzą. Pytanie tylko, jak długo jeszcze? Ludzie są coraz bardziej zirytowani – a nawet oficjalne media robią się krytyczne wobec finansowej wierchuszki. Krytycy systemu zaczynają się pojawiać w audycjach. Na razie rzadko – ale to może ulec zmianie… Oznaką zmian nastawienia mediów do korporacyjnego systemu może być interesujący artykuł w New York Times, w którym wynagrodzenia szefów stu kilkudziesięciu największych korporacji są porównane z uzyskanymi przez nich wynikami finansowymi. Zupełny brak związku między jednym a drugim; co jeszcze bardziej interesujące, najlepsze wyniki miały kompanie zarządzane przez najniżej płatnych szefów, tych co dostali jedynie marne parę(naście) milionów, zamiast dziesiątek i setek…

       Coraz więcej rozgłosu nabierają wypowiedzi Williama Black’a, jednego z najostrzejszych krytyków systemu. Obecnie jest on profesorem ekonomii i prawa na Uniwersytecie Missouri (ulokowanego, aby było trudniej zgadnąć, w Kansas City, mieście w stanie Missouri), ale ma sporo bezpośredniego doświadczenia ze sferą bankowości, ponieważ był jednym z głównych „regulatorów” zatrudnionych do rozwiązania gigantycznej afery Savings & Loans w latach 80-tych. Black wygłasza druzgocącą krytykę rządowej polityki finansowej, twierdząc, że jest to „ogromna subwencja, kosztem podatników, dla osób i instytucji, które spowodowały obecny problem”. Poza tym, plany rządowych działań są ekonomicznie wadliwe, oraz nielegalne, jeśli ktoś chce się czepiać szczegółów. (Jego najbardziej znane wywiady, to rozmowa z Billem Moyers, oraz podobna i według mnie nieco lepsza rozmowa z Cenkiem Uygurem, bardzo rzeczowym i konkretnym dziennikarzem „Młodych Turków”, etnicznej amerykańskiej organizacji społeczno-politycznej.

       Finansowa polityka rządu jest też bezlitośnie potępiona przez Simona Johnsona, byłego wysokiego urzędnika Międzynarodowego Funduszu Walutowego (IMF). Jako człowiek swego czasu należący do „systemu”, jest on wysoce wiarygodnym krytykiem – i bez ogródek porównuje sytuację w USA z krajami, które były objęte kierowanym przez IMF postępowaniem naprawczym. W najnowszym wydaniu miesięcznika Atlantic Monthly jest jego artykuł, z następującą wypowiedzią.

„Krach odsłonił wiele nieprzyjemnych prawd o Stanach Zjednoczonych. Jedną z najbardziej zatrważających … jest faktyczne przejęcie naszego rządu przez finansjerę – stan rzeczy bardziej typowy dla gospodarek rozwijających się, odpowiedzialny za wiele kryzysów tych gospodarek. Gdyby pracownicy IMF mogli otwarcie wypowiedzieć się na temat Stanów, powiedzieliby nam to samo co mówią innym krajow w podobnej sytuacji; pokonanie kryzysu będzie niemożliwe, jeżeli nie zostanie przełamany opór finansowej oligarchii, blokującej konieczne reformy. A my mamy coraz mniej czasu [na podjęcie działań] aby uniknąć depresji gospodarczej.”

“The crash has laid bare many unpleasant truths about the United States. One of the most alarming… is that the finance industry has effectively captured our government - a state of affairs that more typically describes emerging markets, and is at the center of many emerging-market crises. If the IMF’s staff could speak freely about the U.S., it would tell us what it tells all countries in this situation; recovery will fail unless we break the financial oligarchy that is blocking essential reform. And if we are to prevent a true depression we’re running out of time.”

       Black i Johnson piszą artykuły i pojawiają się w mediach – ale jedynie na obrzeżach, w pismach opozycyjnych i blogosferze. Ich tezy są zbyt obrazoburcze, aby znalazł się dla nich czas na antenie - i tak zapewne pozostanie, dopóki protest społeczny bądź niemożliwa do ukrycia rzeczywistość nie spowoduje zmiany świadomości szefów mediów “głównego nurtu”. Ponieważ Obama całkowicie popiera finansjerę, i stawia na ludzi, którzy doprowadzili finanse USA do ruiny, Stany Zjednoczone coraz bardziej przypominają statek bez sternika, dryfującego w stronę raf, którego kapitan jest zajęty wygłaszaniem przemówień o tym, że należy patrzeć z optymizmem na sytuację. O ile polityka zagraniczna USA zaczęła wykazywać oznaki racjonalności (perspektywa rozmów z Iranem; zezwolenie na wysyłanie pieniędzy na Kubę), o tyle polityka wewnętrzna jest pełna absurdów. Być może otrzeźwienie nadejdzie dopiero wtedy, gdy Chiny przestaną kupować amerykańskie obligacje, i dolar padnie…

       Pewne nadzieje budzi zachowanie amerykańskiej lewicy, która w dużej większości robi to, co należy: zamiast ulegać kultowi jednostki, poddaje wybranego przez siebie człowieka bezlitosnemu naciskowi i krytyce. Jest to niezwykle odświeżające, po ośmiu latach bezwarunkowego poparcia udzielanego polityce Busha przez jego popleczników, a niekiedy nawet daje skutki. Gdyby nacisk społeczny doprowadził Obamę do wycofania dotychczasowego ślepego poparcia dla tytanów Wall Street i bankowych możnowładców, to byłby to rzeczywiście znak przemian.

       Pęknięcie rozdętego bąbla konsumeryzmu ma wiele pozytywnych następstw, niezależnie od narastającego załamania gospodarki. Po raz pierwszy od dziesięcioleci ludzie zmniejszają konsumpcję i zaczynają oszczędzać. Niebywałym powodzeniem cieszą się kursy gotowania; nieużytki miejskie zamieniane są na ogrody warzywne; pojawiają się zakłady szewskie. Coraz więcej miejscowości organizuje kasy chorych i przychodnie lekarskie, niezależne od korporacyjnego systemu „ubezpieczeń” medycznych (w cudzysłowie, ponieważ to ubezpieczenie często wygasa, jak się człowiek rozchoruje na dobre…). Za kilka lat, Stany Zjednoczone mogą być innym krajem… jak dobrze pójdzie. Czego życzę swoim czytelnikom oraz sobie.

Witold Ferens
Moscow, Idaho, 10 kwietnia 2009.

Share/Save/Bookmark

Powrót do złota (problem pieniądza, cz. 2)

March 6th, 2009

    Książka , “O teorii ewolucji i zmianie klimatu - Dwa eseje na ważne tematy”. jest już do nabycia w portalu wydawnictwa MyBook mybook.pl. Wbrew nazwie, wydawnictwo jest polskie (wydaje też książki po angielsku). Portal ma wersję polsko- i angielsko-języczną; zakup wymaga nieskomplikowanego zarejestrowania się. Można tam też nabyć moją pierwszą książkę, “O przyjemności bycia człowiekiem”. Zapraszam do lektury.

************

W tym artykule pragnę przedstawić najbardziej istotne aspekty systemu pieniężnego, opartego na złocie (lub innych kruszcach, wśród których złoto ma niezaprzeczalnie pierwszą pozycję). Można tu wyróżnić trzy grupy zagadnień:

1) Dlaczego złoto jest tak atrakcyjnym, oraz sensownym nośnikiem wartości
2) Jak działa w praktyce system wymienialnego pieniądza
3) Argumenty, mniej lub bardziej zasadne, przeciwko standardowi złota.

      Rządy, niezależnie od wyznawanej oficjalnie ideologii, są zwykle niechętnie nastawione do złota jako nośnika wartości – złoto było konfiskowane zarówno w Stanach Zjednoczonych Dekret Roosevelta o konfiskacie złota(decyzja Roosevelta z 1933 r.), jak i w Związku Radzieckim (bez porównania bardziej brutalnie)… Trudno się temu dziwić. Złoto, czy też jego rynkowa wartość, jest czynnikiem nie podlegającym kontroli rządu – a rządy zwykle mają nieprzychylne nastawienie do rzeczy od nich niezależnych. Dla cynika, taka postawa rządów jest najlepszym dowodem na to, że musi być coś wysoce sensownego w standardzie złota. Ale jest jeszcze wiele innych, bardziej konkretnych argumentów.

       Pragnę zrobić tutaj parę zastrzeżeń. Po pierwsze, nie jestem ekonomistą, więc moja analiza jest bardziej zdroworozsądkowa niż techniczna, choć posługuję się także szczegółowymi danymi. Po drugie, złoto nie jest ani lekarstwem na wszelkie gospodarcze problemy, ani też system wymienialnego pieniądza nie chroni przed wszystkimi możliwymi zagrożeniami – ale jest to przyrodnicza niemożliwość, aby się uchronić od wszystkiego. Wymienialny pieniądz nie obroni społeczeństwa przed zamachem stanu, dyktaturą, i samowolą rządu – ale znacznie taką samowolę utrudnia, i choćby z tego względu jest korzystny. Daje przy tym obywatelom znakomitą i zupełnie apolityczną metodę nacisku na rząd – a każdy rząd potrzebuje dyscyplinującego czynnika, nawet gdy składa się z mężów stanu o świetlanych charakterach i czystych intencjach. Jak wiadomo, dno piekła jest wybrukowane dobrymi chęciami… Po tych zastrzeżeniach, czas na konkrety.

Ad 1). Dlaczego złoto jest atrakcyjnym i sensownym nośnikiem wartości?

       Ponieważ jest rzeczą rzadką i trudną do uzyskania; ponieważ ma niezmiernie wiele zastosowań, i bywa nieodzowne lub bardzo trudne do zastąpienia; ponieważ jest praktycznie niezniszczalne; ponieważ jest ciężkie, więc dostarcza dużej wartości na jednostkę objętości; i z wielu innych podobnych względów.

      Złoto występuje niekiedy w przyrodzie w czystej lub prawie czystej postaci (złoty piasek i nuggety), ale wymaga pracochłonnych i czasochłonnych poszukiwań; jeżeli jest w postaci piasku lub drobnych ziaren, potrzeba sporo pracy, aby je oddzielić od podłoża. Większość złota jest natomiast pozyskiwana z kopalń, przez przeróbkę rudy zawierającej co najmniej 1 część złota na milion (ang. ppm, part per milion). Te kopalnie są niezmiernie kapitałochłonne, kłopotliwe w zarządzaniu, często ulokowane w trudno dostępnych miejscach; przy produkcji złota powstaję też ogromna ilość wysoce toksycznych odpadów, stanowiących spore zagrożenie dla środowiska. Z tych względów produkcja i podaż złota ma wiele naturalnych barier, przyrodniczych, kapitałowych, oraz organizacyjnych. Złoto jest więc cenne, ponieważ jest rzadkie i trudno dostępne; nie grozi mu nagła utrata wartości na skutek nagłego wzrostu podaży. Rocznie produkuje się go około dwóch i pół tysiąca ton; potrzeba co najmniej 6-12 miesięcy, aby przemysł wydobywczy mógł zareagować na zwiększony popyt zwiększeniem produkcji. Z drugiej strony, nie jest trudno zwiększyć wydobycie, jeżeli wzrost popytu powoduje wzrost ceny złota; eksploatacja złóż zawierających mniej niż 5-10 ppm jest zwykle mało opłacalna w warunkach równowagi rynkowej, ale staje się opłacalna przy zwyżce cen.

Roczna światowa produkcja złota

     Złoto ma niezmiernie wiele zastosowań. Większość złota jest zużywana przez przemysł (katalizatory), elektronikę, medycynę i dentystykę; pozostałość jest przetwarzana na biżuterię i złote wyroby, oraz tezauryzowana (od greckiego tezauros – skarb). Przemysł elektroniczny wykorzystuje złoto jako doskonały przewodnik, odporny na utlenienie i wszystkie substancje chemiczne oprócz kwasów chlorowych i azotowych, cyjanku sodu lub potasu, oraz rtęci (w której złoto się rozpuszcza). Złoto jest najbardziej ciągliwym i kowalnym metalem; daje się wyciągnąć w bardzo cienkie nici, oraz rozklepać na folię o grubości mierzonej liczbą atomów. Łatwo zrobić z niego użytek w formie koloidalnej (zawiesiny mikroskopijnych cząstek); ponieważ jest plastyczne, dostosowuje się kształtem do działających sił, co bywa własnością nie do zastąpienia; ma wiele zastosowań medycznych (np. działa przeciwzapalnie). Złoto jest więc niezmiernie użyteczne.

     Złoto jest praktycznie niezniszczalne – wytrzymuje bez szwanku pożary, wilgoć, czy zakopanie w ziemi. W temperaturze 1000 stopni Celsjusza się topi, co zresztą nie zmniejsza jego ilości, zmieniając jedynie formę (co może mieć oczywiście negatywny wpływ na wyroby jubilerskie). Można je rozpuścić w mieszaninie kwasów (wodzie królewskiej) bądź w rtęci, ale trudno w ten sposób zniszczyć złoto w postaci sztab, które trzeba by było najpierw zetrzeć na wióry. Aby spowodować utratę wartości przez większą ilość złota w postaci solidnych bloków, trzeba zainwestować (?) ogromną ilość wysiłku, materiału, i czasu.

       Złoto jest ciężkie – ponad 19 razy cięższe od wody. Nawet jeden centymetr sześcienny złota to spora sumka, która po upłynnieniu pozwoli się wyżywić przez parę miesięcy – a niewielką objętość kruszcu można schować wszędzie, także wewnątrz swojego ciała. To jest, oczywiście, sytuacja krańcowa; sedno w tym, że nie jest trudno znaleźć dobrą kryjówkę (nie jest też trudno zapomnieć, gdzie ta kryjówka jest, ale to już inna sprawa; w życiu nie ma idealnych i absolutnie pewnych rozwiązań).

       Istnieje wiele wartościowych, rzadkich, i trudno dostępnych substancji i minerałów, ale żaden artykuł nie łączy w sobie tylu atrakcyjnych przymiotów, co złoto. Diamenty są cenne, ale palne, kruche i mało przydatne (jako kamienie większych rozmiarów) do czegokolwiek oprócz biżuterii. Piasek diamentowy jest niezwykle użyteczny w przemyśle, ale techniczne diamenty można wytwarzać sztucznie. Platyna jest równie cenna i odporna jak złoto, ale ma znacznie mniej zastosowań. Srebro jest cenne i wykorzystywane w technice, elektronice, oraz jubilerstwie i gospodarstwie domowym (srebrne naczynia i sztućce hamują rozwój patogenicznych bakterii, ładnie wyglądają, i się nie tłuką), ale jest lżejsze i znacznie tańsze od złota, oraz czernieje. Banknoty mogą mieć ogromną wartość nominalną na jednostkę objętości i wagi – ale nie mają wartości samoistnej (prócz tego, że można nimi palić w piecu); są niezmiernie wrażliwe na ogień, wilgoć, i drobnoustroje.

       Tak więc złoto góruje nad innymi nośnikami wartości, ponieważ jest jednocześnie niezmiernie cenne, ciężkie, użyteczne, i trwałe – i nie bez powodu było tak powszechnie wykorzystywane jako podstawa solidnych systemów monetarnych.

Ad 2). Jak działa system pieniądza wymienialnego na złoto?

     Według dość powszechnego i mylnego poglądu, złoto miałoby dostarczać materialnej podstawy dla całości pieniądza będącego w obiegu. Taka sytuacja istniała, gdy rolę pieniądza spełniały monety bite ze złota (czy innego kruszcu), ale jest to mało praktyczne, niepotrzebne, a w dzisiejszych czasach w zasadzie niemożliwe, z uwagi na aktywność gospodarczą społeczeństw uprzemysłowionych, i potrzebną szybkość obrotu pieniądza. W systemie waluty wymienialnej, złoto nie jest równowartością całej masy pieniądza, tylko jej drobną częścią, wymuszającą zachowanie wartości przez papierowy pieniądz. Jest to dyscyplinujący czynnik, powstrzymujący rząd przed drukowaniem nadmiernej ilości banknotów.

       W jaki sposób? Obywatele, organizacje, i wszelkie inne osoby prawne mają nieskrępowaną możność wymiany banknotów na złoto – w formie fizycznej, lub rządowych i bankowych certyfikatów, wyłączających określoną ilość złota z obiegu. W warunkach równowagi, niewiele osób zaprząta sobie uwagę złotem; po pierwsze, mało kto ma dość pieniędzy, aby je lokować w złocie, po drugie – tak przechowywany majątek jest nieczynny. Nie przynosi dochodu ani oprocentowania; nie da się zainwestować; w normalnych warunkach tezauryzacja nie ma więc większego sensu. Jeśli złoto jest tezauryzowane, to w niewielkiej ilości, nie wpływając znacząco na podaż i popyt. Ale kiedy rząd dostaje ataku manii czy hiperaktywności ekonomicznej, lub zaczyna sobie ułatwiać życie, pokrywając wydatki przez drukowanie pieniędzy (mamy tu na myśli drukowanie większej ilości banknotów, niż potrzebna na wymianę zużytych, oraz powiększenie masy pieniądza z uwagi na rzeczywisty wzrost gospodarczy), w obiegu pojawia się więcej pieniędzy, zmieniających ręce z coraz większą szybkością. Zwykle będzie temu towarzyszyć wzrost cen, rozdęty kredyt, oraz niedobory towarów, pokazując jasno, że pieniądz traci wartość. Aby uchronić swoje oszczędności przed zniszczeniem, obywatele zaczynają wtedy zamieniać banknoty na złoto – a to ma swoje skutki i konsekwencje. Gwałtownie rośnie popyt na złoto i jego wolnorynkowa cena - a rząd musi przyjąć od każdego chętnego banknoty i wymienić je na złoto po cenie ustawowej (bezpośrednio, lub poprzez system bankowy). Tak więc, rządowe zapasy złota ulegają uszczupleniu; nawet gdy rząd nie jest prawnie zobligowany do utrzymywania minimum rezerwy złota, w miarę narastania popytu na kruszec, wcześniej czy później rząd musi podjąć kroki zaradcze – jeżeli pragnie zachować wypłacalność.

     Załączony wykres dobrze ilustruje zależność ceny złota od nastrojów, i niewielką zależność od podaży. Światowa produkcja i cena złota W latach 1998-2001 cena złota (czerwona linia) minimalnie spadła, przy minimalnie większej produkcji (niebieskie bloki). Pomiędzy 2001 a 2003 cena wzrastała raptownie przy praktycznie niezmiennej produkcji, oraz rosła nadal do roku 2005, kiedy produkcja spadła; natomiast cena wzrosła stratosferycznie po roku 2005, gdy produkcja była niezmienna. Ten ostatni skok ceny złota odbył się w warunkach narastającego kryzysu finansowego, i był w dużej mierze spowodowany gwałtownym wzrostem popytu na złoto tezauryzacyjne…

     Rząd może zrobić dwie rzeczy dla przywrócenia równowagi. Może wycofać z obiegu nadmiar banknotów (oraz ich elektronicznych odpowiedników), zmniejszając szybkość obrotu papierowego pieniądza i przywracając zgodność jego nominalnej wartości w złocie z wartością postrzeganą społecznie. Jeśli tego nie zrobi, to musi oficjalnie zdewaluować pieniądz, czyli zmniejszyć jego wartość w złocie. Pierwszy krok hamuje rozwój „bąbla” niezdrowej aktywności gospodarczej i przywraca równowagę monetarną; ponieważ w obiegu jest mniej banknotów, trudniej jest nagromadzić ich nadwyżkę (w stosunku do bieżącej konsumpcji), aby kupić złote sztaby, więc ludzie przestają kupować złoto, lub nawet muszą się wyzbyć części swoich zapasów kruszcu. Drugi krok jest oficjalnym przyznaniem się, że wydrukowano za dużo banknotów – oraz pozwala na precyzyjne zmierzenie stopnia inflacji, bez nużących i pogmatwanych dyskusji o poziomie życia i konsumpcji, i obliczeń statystycznych opartych o niepewne dane. Dla osób niezamożnych, nie posiadających dostatecznej ilości gotówki, aby zawczasu nabyć złoto, bądź żyjących z miesiąca na miesiąc, dewaluacja może oznaczać drastyczny spadek poziomu życia – ale podobnie by się działo przy niekontrolowanej inflacji, tyle że wtedy również zamożniejsi ludzie mieliby problemy finansowe. Dodatnią stroną dewaluacji jest natomiast utrzymanie równowagi cen, ponieważ producenci i sprzedawcy muszą je dostosować do możliwości nabywczych potencjalnych klientów. Mówiąc w skrócie, rząd musi albo się poprawić, albo przyznać, że narozrabiał, ponosząc polityczne konsekwencje. Społeczeństwo i polityczne ugrupowania mają czas i sposobność na zareagowanie – co jest niewykonalne w inflacyjnym chaosie. Bez dyscypliny standardu złota, rząd jest bezkarny. Dolar USA utracił 95% wartości od czasu utworzenia Rezerwy Federalnej, ale lwia część spadku jego wartości dokonała się po przerwaniu wymienialności na złoto w 1971, a zwłaszcza pomiędzy 1971 a 1981, jak pokazuje załączony wykres (siła nabywcza pokazana przez obrzynek banknotu, ilość w obiegu zaznaczona czerwoną linią) Moc nabywcza US$ i ilość w obiegu

      Wymienialność pieniądza ma praktyczny sens, gdy w państwie zachowane są minimalne wymogi demokratyczne; gdy istnieją niezakłamane statystyki, minimalne standardy sprawozdawczości, oraz wolności prasowej. Te aspekty muszą mieć realny wymiar, nie tylko teoretyczny i pokazowy, tak jak obecnie w USA i Wielkiej Brytanii, gdzie całkowita korupcja i degrengolada systemu politycznego doprowadziła do politycznego bezwładu i społecznego ubezwłasnowolnienia. Nixon nie mógłby znieść wymienialności dolara, gdyby amerykańskie społeczeństwo miało rzeczywistą reprezentację polityczną, i ustawodawców mających na uwadze interes społeczny (wtedy zresztą nie byłoby kryzysu finansowego, ponieważ USA nie prowadziłyby absurdalnych i agresywnych wojen, i nie utrzymywałyby globalnego imperium). Nie ma więc większego sensu twierdzenie, że wymienialny pieniądz „nie działa”, ponieważ nie może on działać w próżni. Jest to system, który wymaga politycznej dojrzałości od społeczeństwa, aby przynieść wszystkie swoje potencjalne zalety. Niewiele pomoże próba jego wprowadzenia w państwie, w którym wiarołomny rząd może znienacka zakończyć wymienialność, skonfiskować złoto, wprowadzić stan wyjątkowy, zawiesić konstytucję, itp. Ale w takim państwie ludzie mają zwykle większe problemy, niż wymienialność pieniądza…Jeżeli natomiast rząd jest zależny politycznie od społeczeństwa, to nie może uniknąć konsekwencji nierozważnej gospodarki finansowej, ani ukryć jej skutków. W takich warunkach, wymienialność pieniądza wymusza dyscyplinę samoczynnie; nie wymaga zebrań, posiedzeń, decyzji partyjnych gremiów, czy specjalnych rozporządzeń; wymaga jedynie wolnorynkowego obrotu złotem.

      Przydatną analogią wymienialności pieniądza może być fizyczne zjawisko parowania cieczy. Niezależnie od pojemności zbiornika, ilość wyparowanej wody jest zależna od pola powierzchni; odkryta beczka pełna wody wyparowuje tyle samo wody na jednostkę czasu, ile pełen po brzegi talerz o średnicy równej średnicy denka (zakładając, że temperatura powierzchniowej warstwy jest podobna). Niezależnie od całkowitej ilości pieniądza w obrotach gospodarczych, ilość pieniędzy wymienianych na złoto jest samo ograniczona przez brak zapotrzebowania na złoto, które jest nieczynne pod względem ekonomicznym. Ale możliwość wymiany daje społeczeństwu sposób obrony przed łaskawością i dobrymi chęciami rządu, pragnącemu zrobić wszystkim dobrze, przy pomocy drukowania pieniędzy. W braku takiej możliwości, rząd musi albo powściągnąć swoją wielkoduszność (przejawianą na koszt społeczeństwa), albo zdobyć się na wysiłek organizacyjny i ułatwić ludziom życie i aktywność gospodarczą.

      Aby móc mieć pożytek z wymienialnego pieniądza, społeczeństwo musi oczywiście rozumieć, że nie można mieć czegokolwiek za darmo; że nie da się rozwiązać społecznych potrzeb i problemów drukowaniem pieniędzy. Nie jest to tak zawiłe, aby ludzie tego nie mogli pojąć; prawo Kopernika-Greshama, wypierania lepszej monety przez gorszą, pokazuje jak dobrze rozumiane było zjawisko psucia pieniądza, na długo wcześniej niż pojawiła się powszechna oświata i wyrafinowane ekonomiczne teorie. Zwykli ludzie mają często więcej zdrowego rozsądku od polityków, dopóki nie zostaną zbałamuceni i odurzeni demagogicznymi hasłami i nie dadzą się nabrać na szukanie kozłów ofiarnych.

       Jak wyglądałaby światowa gospodarka, gdyby rząd USA, rękami Nixona w 1971 roku, nie pozbył się hamulca wymienialności dolara?

       Ameryka, Wielka Brytania, i wiele innych krajów nie tonęłyby w długach. Obroty bankowe nie byłyby zatrute i zablokowane przez nominalnie warte tysiące miliardów toksyczne papiery (bez)wartościowe. Puszcza tropikalna Amazonii, Afryki, Oceanii, nie byłaby bezpardonowo wycinana; Chiny nie byłyby zatrute przemysłowymi odpadami. Dlaczego nie? Handel międzynarodowy, oparty na wymienialnym pieniądzu, nie może być jednostronny. Gdyby Ameryka pragnęła importować tanie wyroby chińskie, zamiast zatrudniać amerykańskich robotników do ich wyrobu, musiałaby sprzedać Chinom równowartość w swoich produktach i usługach – albo wyzbywać się swoich zasobów złota. Mogłaby, oczywiście, płacić za import drukowanymi dolarami – ale wcześniej czy później, posiadacze tych dolarów (Chiny, bądź inne państwa od których Chiny by coś kupiły, płacąc dolarami) odczuliby nadmiar tej waluty, i poprosili Amerykę o wymianę ich papierowych zasobów na złoto. Tak się działo dość często, do 1971 roku; państwa, nie pozostające w stanie zależności bądź uległości wobec USA, wymieniały dolary na złoto; przodowała w tym Francja, regularnie dokonując fizycznego transferu złota z Ameryki do swoich banków.

     Złoto byłoby cennym artykułem, ale nieprzesadnie cennym. Państwa produkujące złoto miałyby niewielki przywilej, mogąc płacić złotem za import, ale nie mogłyby tego nadużywać, z paru względów. Po pierwsze, jak wspomniałem powyżej, produkcja złota jest trudnym i pracochłonnym przedsięwzięciem, i nie da się jej łatwo powiększyć; po drugie, nawet gdyby się dało, to przy znacznie zwiększonej podaży cena złota zaczęłaby spadać. Państwa systematycznie płacące złotem za importowane towary i usługi równie systematycznie zmniejszałyby jego siłę nabywczą – co zresztą nikomu by nie wyrządzało specjalnej krzywdy. Po prostu, więcej osób fundowałoby sobie złotą biżuterię lub ozdoby – i powiększona konsumpcja złota przywracałaby równowagę pomiędzy podażą a popytem. Złoto nie jest artykułem pierwszej potrzeby, więc popyt na nie jest niezmiernie elastyczny.

     Wymiana handlowa mogłaby w dalszym ciągu być niesłychanie krzywdząca dla krajów nieuprzemysłowionych – pod warunkiem utrzymania systemu kolonialnego. Ten system umożliwiał państwom imperialnym pozyskiwanie surowców z ich kolonii, praktycznie za bezcen. System kolonialny załamał się jednak jeszcze przed zlikwidowaniem wymienialności dolara, pod naciskiem aspiracji niepodległościowych. Możliwa byłaby też eksploatacja społeczeństw rządzonych przez dyktatury, korzystające z pracy niewolniczej, przymusowej, lub źle opłacanej w warunkach braku swobód politycznych – ale to byłaby wtedy kwestia decyzji państw zamożnych, czy mają chęć na otwarte wspieranie dyktatur. Pragnę tu zastrzec po raz kolejny – złoto nie jest magicznym lekarstwem na społeczne niedomagania. Wymusza jedynie szczerość – a od ludzi zależy, czy będą chcieli zrobić z tej szczerości użytek.

     Dlaczego Chiny nie byłyby zatrute? Ponieważ rozwój gospodarczy odbywałby się stopniowo i powoli. Oczywiście, chiński rząd mógłby się nie przejmować ochroną środowiska (i ludzkiego życia i zdrowia), ale przynajmniej tempo wzrostu zatrucia byłoby niewielkie. Chińskie społeczeństwo otrzymywałoby poza tym coś wartościowego za swój wysiłek potrzebny do produkcji eksportowej – z Ameryki przychodziłaby żywność, samochody, komputery… Zamiast gromadzić zielone papierki, Chińczycy powiększaliby swój stan posiadania. Odbywałoby się to powoli i stopniowo, dając społeczności czas na przystosowanie się do zmian, bez masowych migracji, wykorzenienia, rozbicia więzi społecznych. Uniemożliwiłoby też amerykańskim korporacjom masową migrację do Chin (bądź gdzie indziej) w poszukiwaniu nisko płatnej siły roboczej. Aby móc importować towary, Ameryka musiałaby zarazem eksportować coś poszukiwanego albo w Chinach, albo u partnerów handlowych Chin.

Ad 3). Argumenty przeciwko wymienialności pieniądza.

      Jeden częsty argument, omówiony powyżej, opiera się na błędnym przekonaniu, że potrzebna jest do tego ogromna ilość złota, ale waluta oparta na złocie wymaga nieprzesadnie dużej ilości kruszcu do funkcjonowania. Inne częste zastrzeżenie dotyczy możliwości nagłej zmiany wartości złota – na przykład, dzięki odkryciu wyjątkowo bogatych złoży. Ten argument nie bierze pod uwagę nakładu pracy i potrzeb kapitałowych produkcji złota – a co więcej, nie uwzględnia specyficznej dla złota relacji pomiędzy ceną, podażą, a popytem. Głównym czynnikiem popytu na złoto tezauryzacyjne (czyli nie na użytek przemysłowy, medyczny, itp.) są nastroje społeczne, niezależne od podaży. Cena złota rośnie gwałtownie, gdy ludzie szukają w nim ratunku przed utratą wartości drukowanego pieniądza; ta cena natomiast nie maleje zbytnio, gdy rośnie podaż, gdyż spadek cen złota powoduje zwiększone zainteresowanie złotą biżuterią i innymi wyrobami. Można doskonale żyć bez złota, ale przy spadku jego ceny rośnie liczba nabywców i użytkowników złota, oraz rośnie liczba osób, które stać na kupno niedużej sztabki „na czarną godzinę”.

      Dyscyplina wymienialnej waluty pozbawia rząd możliwości regulowania aktywności gospodarczej. Absolutna prawda – i bardzo dobrze! Rządy mogą wpływać na gospodarkę, nawet opartą na złotej walucie – ale nie mogą wykorzystywać do tego mechanizmów inflacyjnych. Rząd nie może więc grać roli szczodrego wujka, rozdającego hojnie prezenty; musi zdobyć się na wysiłek intelektualny i organizacyjny, potrzebne do stworzenia inteligentnego i sensownego planu działania; musi przekonać do niego społeczność; musi zainwestować złoto, albo znaleźć inwestorów. To zagadnienie wychodzi poza ramy tematu, ale jest absolutnym nonsensem sytuacja, gdy rząd (czy bank centralny) manipuluje stopami procentowymi. Efekty są doskonale widoczne obecnie w USA i Wielkiej Brytanii, których trudności w dużej mierze są spowodowane manipulacją pieniądza i kredytu, których cena powinna być ustalana przez wolny rynek.

      Niektórzy sądzą, że waluta oparta na złocie powoduje drożyznę – ale jest akurat na odwrót. Solidny pieniądz może jedynie powiększać wartość wobec złota, jeśli złota przybywa szybciej niż pieniądza – a to powoduje spadek cen. Do tego spadku przyczynia się także postęp techniczny i rosnąca wydajność pracy; przeciwwagą dla nich są malejące zasoby naturalne i inne trudno- lub wcale nie-pomnażalne czynniki.

      Podsumowując: system pieniężny oparty na złocie jest przewidywalny, stabilny, zachęca do oszczędności, chroni pieniądz przed spadkiem wartości (oraz umożliwia obronę przed tym zjawiskiem), utrudnia pośpieszne i oderwane od społecznych aspiracji i potrzeb działania gospodarcze; chroni stanowiska pracy; wymusza na rządzie dyscyplinę finansową; dostarcza uniwersalnego miernika wartości, niezależnego od politycznych machinacji. To wszystko wymaga, oczywiście, wolnej prasy i swobodnej wymiany myśli, wolności politycznej i związkowej. Niewykluczone, że taki system spowalnia rozwój techniczny – ale nawet jeśli tak jest, to jest to opłacalne dla społeczeństwa, mogącego się dostosować w sensownym rytmie do tempa przemian technologicznych.

     A inflacyjny system rozwoju gospodarczego? Obniża wartość pieniądza; niszczy oszczędności; wprowadza niepewność i niestabilność; uniemożliwia racjonalne planowanie; niszczy jakość, premiując tandetę; pozwala rządowi na szaleństwa finansowe, maskowane rozdętym kredytem; pozbawia wyroby i usługi skali porównawczej i punktu odniesienia, uzależniając wartość pieniądza od decyzji politycznych; potęguje spekulacyjne „bąble”; przynosi nieubłagany wzrost cen, gdy rosnąca masa pieniądza szuka czegoś do nabycia; prowadzi do marnotrawstwa i nadmiernej konsumpcji; tworzy iluzję dobrobytu.

Czas na coś lepszego.

Witold Ferens
Moscow, Idaho, USA
14 marca 2009.

P.S. Dzięki ofiarnej pomocy, zdołałem w końcu uzyskać minimalną zdolność instalowania obrazków. Wciąż nie mogę sprawić, aby pokazywały się jako obrazki, a nie jedynie podpis, ale przynajmniej jest postęp. Pracuję nad tym dalej.

Share/Save/Bookmark

Słowa nie wystarczą

February 28th, 2009

    Książka , “O teorii ewolucji i zmianie klimatu - Dwa eseje na ważne tematy”. jest już do nabycia w portalu wydawnictwa MyBook mybook.pl. Wbrew nazwie, wydawnictwo jest polskie (wydaje też książki po angielsku). Portal ma wersję polsko- i angielsko-języczną; zakup wymaga nieskomplikowanego zarejestrowania się. Można tam też nabyć moją pierwszą książkę, “O przyjemności bycia człowiekiem”. Zapraszam do lektury.

************

        Prezydent Obama przemówił do Izby Reprezentantów, mówiąc o trudnej sytuacji kraju, o wyzwaniach, o pilnych potrzebach, oraz przedstawiając także o swoich propozycjach działań. Mowa była znakomita pod względem oratorskim. Obama jest doskonałym mówcą, a jaskrawy kontrast pomiędzy nim a jego poprzednikiem pomaga mu błyszczeć, nawet gdy się nie wznosi na wyżyny retoryki. Po raz pierwszy od wielu lat, Amerykanie mają prezydenta, którego mowa jest gramatycznie poprawna, który potrafi zrobić użytek ze słów mających więcej niż 3 sylaby, i potrafi powiedzieć dwa lub więcej zdań, nie tracąc wątku. Jest to niewątpliwa zmiana na lepsze, i duża ulga przynajmniej dla tych wyborców, dla których jest ważniejsze, żeby prezydent mówił składnie i z sensem, niż to, aby był „swoim chłopem”. A stwierdzenia Obamy są nie tylko wewnętrznie spójne; mają nawet pewien sens merytoryczny. Niestety – mają go znacznie mniej, niż można by sobie życzyć. Jego program jest nie tylko słaby, spóźniony, i nietrafny. (Dobra opinia na ten temat na portalu “Misha” Mike Shedlock) Jest produktem myślenia magicznego, gdyż zamierza kształtować rzeczywistość przy pomocy słów. Jest także oparty na kompletnie nierealistycznej wizji Ameryki i świata.

        Obama podziela oficjalną, wysoce optymistyczną wizję Ameryki – i co gorsza, wydaje się w nią wierzyć. Zapewne z tego powodu nie jest w stanie dostrzec realiów, ani dokonać rzetelnego rachunku potrzeb i możliwości. Według Białego Domu, Ameryka jest wciąż supermocarstwem; jest zamożnym krajem; ma mocną pozycję w świecie; przeżywa jedynie przejściowe trudności, które dadzą się przezwyciężyć zdecydowanym działaniem, jeśli nie słowami. Rzeczywistość jest jednakże znacznie bardziej skromna. Państwo funkcjonujące dzięki hojności wierzycieli to nie supermocarstwo. Amerykańskiej gospodarki nie da się „naprawić”, tak aby powróciła do wysokich lotów (przynajmniej pod względem papierowych zysków) sprzed roku czy więcej lat. Nawet gdyby było to możliwe, nie miałoby większego sensu powracanie do „gospodarki księżycowej”, jak to niegdyś ekonomiści mawiali o ekonomii PRL-u. Problem nie w tym, że system się zawalił, tylko w tym, że zabrało to blisko trzydzieści lat, wpędzając w międzyczasie państwo, społeczeństwo, oraz instytucje gospodarcze w gigantyczne zadłużenie, niemożliwe do spłacenia (rzeczywistego, nie pozorowanego przez hiperinflację). (Senator Ron Paul, w 3-minutowym wystąpieniu tutaj).

        Technicznie rzecz biorąc, Ameryka jest jeszcze mocarstwem, zwłaszcza pod względem możliwości militarnych i arsenału nuklearnego; ma najwięcej na świecie samochodów na mieszkańca; najwięcej milionerów i miliarderów (oraz największe rozwarstwienie majątkowe wśród państw uprzemysłowionych). Ale jest kolosem na glinianych nogach, i utrzymuje postawę pionową jedynie dzięki uprzejmości (głupocie?) swoich wierzycieli, którzy jej pożyczają pieniądze nie tylko na bieżące funkcjonowanie; także na obsługę wcześniej zaciągniętych pożyczek. A Obama proponuje wydanie kolejnych tysięcy miliardów dolarów – tak, jakby istniało ich niewyczerpane źródło. Ameryka jest bankrutem, upadającym pod ciężarem długów zaciągniętych na pokrycie kosztów życia ponad stan. Jest krajem, który od trzech dziesiątek lat konsumuje znacznie więcej, niż wytwarza; którego głównym produktem eksportowym są zielone papierki z portretami prezydentów i mnóstwem zawijasów. Te papierki zachowują jeszcze pewną umowną wartość, głównie z dwóch powodów: po pierwsze, papierki produkowane przez większość innych rządów bywają, w co trudno zresztą uwierzyć, jeszcze mniej wiarygodnym nośnikiem umownej wartości; po drugie, większość dolarów znajduje się poza granicami USA – i ich posiadaczom nie zależy specjalnie na ujawnieniu niemiłej prawdy, że to, co uważali za niesłychane bogactwo, jest niewiele warte. Co można kupić za dolary? Ropę naftową – a i to nie zawsze; Rosja, Wenezuela, Iran, być może jeszcze paru innych eksporterów zaczyna, lub niedługo zacznie, używać innych walut do rozliczeń. Można kupić, oczywiście, amerykańskie obligacje skarbowe – aby mieć, po terminie ich dojrzałości, jeszcze więcej dolarów; nie rozwiązuje to więc problemu, tylko go jedynie odsuwa w przyszłość pełną niewiadomych. Blisko połowa amerykańskich akcji giełdowych jest już w posiadaniu obcokrajowców – a nie wszystko jest na sprzedaż. Kiedy Dubaj próbował kupić port w Stanach, zrobiła się wielka awantura, zresztą nie bez powodu… Można kupić wieżowiec na Manhattanie, tak jak to zrobiła (na parę lat) Sony – i płacić więcej za utrzymanie, niż otrzymywać z czynszu. A Obama chce wydać na stimulus gospodarczy blisko 1000 miliardów, najwidoczniej zakładając, że zagranica chętnie kupi obligacje na taką sumę. A jeżeli nie kupi? Rząd niemiecki miał ostatnio trudności ze sprzedażą swoich papierów wartościowych – rząd, który jest jednym z bardziej wiarygodnych finansowo instytucji na świecie, podczas gdy wiarygodność finansowa amerykańskiego rządu jest coraz bardziej wątpliwa.

        Amerykańską gospodarkę trzeba odbudować – a zanim to nastąpi, trzeba ją jeszcze odkopać spod gruzów zwalonych zamków na piasku, zbudowanych przez trzy czy cztery dekady życia ponad stan. Biały Dom ma zamiar (jak publicznie przedstawił, w dość mizerny sposób, Tim Geithner, kolejny bankier zarządzający finansami państwa) poddać największe banki amerykańskie „próbom stresowym” (czyli sprawdzić, jak będą wyglądać ich aktywa w warunkach pogarszającej się sytuacji gospodarczej) – tak, jakby tym bankom potrzebny był doktor. Ale Citi, Bank of America, i pozostałe kolosy nie potrzebują leczenia; potrzebują sekcji zwłok. Rząd pompuje w ich martwe cielska krew, wysysaną z żywych podatników; pompuje kolejne setki miliardów, które będą musiały być spłacone przez następne pokolenia niezamożnych obywateli. Najbogatsi powiem zatrzymują dla siebie zyski, ale pozwalają społeczeństwu pokryć swoje straty. Mają zresztą schrony podatkowe, na tę resztę pieniędzy, której jeszcze nie wyprowadzili na konta szwajcarskie. Nawiasem mówiąc, ostatnio zrobiła się z tego afera, gdy pojawiły się doniesienia, że ponad 50 tysięcy amerykanów używa tych kont, aby uniknąć płacenia krajowych podatków. Nawet rząd zaczął grozić, że się do nich dobierze. Może nawet zrobią przykładowy proces czy dwa, żeby zrobić jakąś żywą ofiarę publice, coraz bardziej niechętnej bankierom i bogaczom.

        Powracając do sedna zagadnienia, Obama - jak większość polityków - wydaje się nie rozumieć różnicy pomiędzy kredytem i kapitałem. Kredyt pozwala uzyskać pożyczkę; nagromadzony kapitał pozwala ją spłacić. To są zupełnie inne rzeczy. Przedsiębiorca używający pożyczonych pieniędzy do rozwoju produkcji nie ma kapitału; ma jedynie dług. Kapitał może uzyskać, nie wydając bądź inwestując całego zysku, tylko zaoszczędzając jego część; źródłem kapitału są więc oszczędności – nie kredyt. Politykom często się wydaje, że można w cudowny sposób pomnożyć stan posiadania, drukując pieniądze – ale kapitału nie da się stworzyć z niczego. (Źródłem kapitału mogą być nie tylko oszczędności; może to być wszelki potencjał twórczy, ale to inna historia). Drukowanie pieniędzy może być, w najlepszym razie, źródłem kredytu – który trzeba będzie kiedyś spłacić. A Stany Zjednoczone są zadłużone po uszy, czy też znacznie powyżej uszu (powiedzmy, o kilkanaście metrów powyżej). Media i rząd powtarzają w kółko, że trzeba „uruchomić kredyt”; że banki muszą zacząć udzielać pożyczek; że trzeba przywrócić „płynność finansową”. Są to zupełne bzdury. Ameryka tak potrzebuje kredytu, jak alkoholik wódki.(Przenikliwe spojrzenie na to zagadnienie, tutaj). Do czego miałby posłużyć ten kredyt, oprócz powiększenia gigantycznego długu? Jest nadmiar domów, samochodów, telewizorów; potrzebne są jeszcze nowe? Nawet jeśli dać kredyt osobom, których nie było stać na kupno tych obiektów, to jak mieliby spłacać pożyczki? A co mieliby zrobić z takim kredytem ci, co jeszcze mają jakieś pieniądze – wypełnić pokoje dziecięce po sufit chińskimi zabawkami (trującymi przy polizaniu)? Powiększyć zwały tłuszczu? Ameryce jest potrzebny sensowny wysiłek, i przeorientowanie aktywności, aby zamiast kreować papierowe zyski, wytwarzać i dostarczać potrzebnych produktów i usług. Potrzeba jej mniej brokerów, a więcej nauczycieli; mniej prawników, więcej lekarzy; mniej żołnierzy, więcej ogrodników; mniej więźniów, więcej kursantów; i tak dalej. To wymaga przede wszystkim zmian organizacyjnych; przemiany świadomości; zasadniczych zmian w sposobie życia. Na tle bezmiaru społecznych potrzeb, ględzenie o rzekomej konieczności „dokapitalizowania” banków jest zupełną groteską – zwłaszcza, gdy są tysiące doskonale prowadzonych i sprawnych banków, gotowych udzielić dobrze udokumentowanych pożyczek. Te banki są teraz niszczone bądź przejmowane, przez upadające giganty, za społeczne pieniądze, wykorzystywane do usunięcia konkurencji.

        Społeczne zaangażowanie Obamy, jak dotąd, kończy się na górnolotnych słowach; pieniądze nadal płyną do bankierów, którzy wpędzili kraj w ruinę. Ich groteskowo wysokie zarobki są niebywale drażniące, ale problem jest nie w tych zarobkach, i nie w pergaminowych kubłach po tysiąc dolarów, stojących obok biurek kosztujących 50 tysięcy. Obama otoczył się ludźmi o wąskich horyzontach intelektualnych, myślących sztampowo, bezradnych wobec wymagań chwili obecnej. Ci ludzie nie zdają sobie sprawy, jak nieracjonalnie jest zorganizowane życie w Ameryce, i jak wiele rzeczy należy zmienić. To, co proponują, to prosta droga do ruiny.

        Warto będzie uważnie śledzić losy upadających banków; jeśli dojdzie do ich upadku, będzie to oznaka racjonalnego myślenia decydentów. Podtrzymywanie egzystencji tych żywych trupów, za społeczne pieniądze, będzie oznaką zwycięstwa finansjery (i groźbą społecznej rewolty). Ale byłoby to pyrrusowe zwycięstwo, i prawdopodobnie nietrwałe, ponieważ rzeczywistość wcześniej czy później wymusi działania dostosowawcze – najwyżej po kolejnych, gigantycznych i niepotrzebnych stratach.

        Być może Obama będzie wystarczająco inteligentny, aby zrozumieć sytuację; być może tempo jego nauki dorówna szybkości zmian sytuacji, która może już niedługo zacząć wymuszać na decydentach coś więcej oprócz słów pełnych namaszczenia i troski. Jak mawiał Churchill, zawsze można polegać na Ameryce, aby zrobiła co potrzebne. Po wyczerpaniu wszystkich możliwych alternatyw.

Witold Ferens
Moscow, Idaho. 28 luty 2009

Ciekawe i dobitne artykuły o sytuacji finansowej USA: The International Forecaster, oraz Puru Saxena w Financial Sense Read the rest of this entry »

Share/Save/Bookmark

Problem pieniądza (część 1)

February 20th, 2009

       Jak pisze w swoim blogu Steve Saville (The End of an Era), Peter Bernstein w swojej książce “Against the Gods – The Remarkable Story of Risk” opisuje interesującą relację pomiędzy zyskami z dywidend akcyjnych i dochodem z obligacji rządowych US. Do roku 1959, średnia dywidenda była prawie zawsze wyższa niż zysk z obligacji – i jeżeli było inaczej, to przewidujący inwestorzy wycofywali pieniądze z giełdy, w oczekiwaniu “korekty”, czyli spadku cen akcji. Dlaczego tak było? Ponieważ dochód z akcji był uważany za bardziej ryzykowny niż dochód z obligacji – ze zrozumiałych względów. Procenty od obligacji były pewne – a losy nawet prosperujących chwilowo kompanii, nie tak bardzo… Z kolei, aby akcje mogły dawać większy dochód z kapitału niż obligacje, cena akcji nie mogła być zbyt wysoka. Tak więc, było całkiem logiczne, że spadający (w proporcji do zainwestowanego kapitału) dochód z akcji był skutkiem ich zbyt wysokich cen – co pozwalało się spodziewać rychłego spadku tychże.

       Jak pisze dalej Steve Saville, ta sensowna i przewidywalna relacja została zachwiana latach 60-tych – a potem zamieniła się w swoją odwrotność. Dochody z dywidend stały się niższe niż z obligacji. Czyżby obligacje nie były już przewidywalnym wehikułem inwestycyjnym? Były takim nadal. Ale narastająca inflacja spowodowała, że obligacje stały się mniej atrakcyjne – więc kapitał przeniósł się w większym stopniu na giełdę, co zwiększyło popyt na akcje (czyli ich cenę), zmniejszając relację zysku do ceny.

       Dlaczego akcje zyskały na atrakcyjności? Nikt przecież nie gwarantował kompaniom przetrwania ani zyskowności. Po prostu, inflacja (spadek wartości pieniądza) stała się trwałym elementem gospodarki. Inflacja była nieprzewidywalna – a to oznaczało, że dochody z obligacji też stały się nieprzewidywalne. To znaczy, były one całkowicie przewidywalne nominalnie – ale nikt nie mógł wiedzieć, jaką realną wartość będą miały te nominalne dochody za 5 czy 10 lat, nie mówiąc o 30… Przetrwania kompanii nikt nie gwarantował – ale można było oczekiwać, że ceny ich produktów (i nominalne zyski) będą rosły wraz z inflacją. W tej sytuacji, kiedy wszystko stało się nieprzewidywalne, akcje były atrakcyjniejsze.

       Inflacja jest wygodna dla rządów [dodatek: ponieważ pozwala zamaskować rzeczywiste niedobory gorączkową aktywnością, kosztem przyszłości]– ale jest zmorą, zakałą, i groźbą dla społeczeństwa i gospodarki, ponieważ wprowadza element zupełnej niepewności. Jeśli nie wiadomo, jaka będzie wartość pieniądza za rok, dwa, pięć, itd., to racjonalne planowanie staje się niemożliwe. Zamiast działać solidnie, kompanie wdają się w tanie geszefciarstwo; inwestycje muszą się zwracać szybciej; w miejsce długofalowego planowania i rozwoju, firmy zaczynają bazować na szybkim zysku. Odbija się to (negatywnie) na jakości produktów i usług. Tworzy narastające napięcia pomiędzy szefami i pracownikami firm, ponieważ ci pierwsi muszą wycisnąć z drugich coraz więcej – inaczej kapitał pójdzie gdzie indziej… Oszczędzanie staje się bezcelowe; ciężko pracujący ludzie, składający grosz do grosza, są okradani przez swój rząd, kiedy inflacja zżera ich oszczędności. Wszystko staje się płynne i niestabilne. Kapitał goni za zyskiem, kierując się jego wysokością i raptownością, zamiast szukając przewidywalności; coraz gorzej opłacani robotnicy zmniejszają konsumpcję; społeczeństwo ma coraz mniej pieniędzy pozostałych po opłaceniu niezbędnych wydatków, więc nie ma komu kupować tego, co kompanie produkują; zanika pojęcie jakości… Rządy przyzwyczajają się do stymulowania aktywności gospodarczej inflacją, pompując w gospodarkę pieniądze i tworząc kolejne spekulacyjne „bąble” - a zarazem fałszują (tak jak to robi od trzech dziesiątków lat rząd USA; znakomity blog dotyczący tego tematu to Shadow Government Statistics Johna Williamsa) podstawowe dane gospodarcze, żeby ukryć przed społeczeństwem bolesną prawdę. Oficjalna stopa inflacji coraz bardziej mija się z rzeczywistą, a zarobki i emerytury są negocjowane w oparciu o „oficjalną” wartość, więc ludzie zarabiający pracą na życie mają coraz mniej pieniędzy. Zatrudnienie jest niepewne, poziom życia spada; w obiegu jest coraz więcej pieniędzy, ale ogólna zamożność spada. Życie zamienia się w gonitwę i nerwówkę; przyjemność z niego staje się coraz trudniej uchwytna.

       Te ponure efekty inflacyjnego rozwoju są obecnie najlepiej widoczne w USA i Wielkiej Brytanii, ale mają miejsce także w krajach nie doznających całkowitego załamania gospodarczego. Podstawową przyczyną tego bałaganu jest, jak można sądzić, niewymienialny pieniądz, który rządy mogą drukować w nieograniczonych ilościach. (Interesująca analiza globalnej masy pieniądza w relacji do ceny złota tutaj. Nawet najbardziej przewidującemu i trzeźwemu rządowi może być trudno się oprzeć pokusie zmniejszenia chwilowych trudności przez dosypanie pieniędzy – ludzie zajęci gonitwą za nimi będą mieć mniej czasu na krytykowanie rządu, i chociaż przez moment będzie istnieć iluzja, że ma miejsce postęp i rozwój. Gdyby rząd nie mógł drukować pieniędzy wedle życzenia, to musiałby albo zrezygnować z niektórych wydatków, albo podwyższyć podatki – co wymagałoby bolesnych politycznie decyzji. Wymagałoby ciągłego wysiłku i nadzoru, aby rządowe wydatki były sensowne i produktywne; wymagałoby ustawicznej pracy organizacyjnej, aby ułatwić życie i działalność ludziom i przedsiębiorstwom. Zmuszałoby do finansowej i organizacyjnej dyscypliny – a dyscyplina jest uciążliwą rzeczą. Przyjemniej jest grać rolę dobrego i zamożnego wujka, który szczodrze obdarzy każdego, kto na to zasłuży… A można wygrywać wybory, obiecując złote góry, i kupując wyborców workami radośnie drukowanych pieniędzy. Ale nie można tego robić w nieskończoność, ani nawet zbyt długo. Gospodarka załamuje się pod wpływem niespłacalnego zadłużenia; społeczeństwa się buntują, rządy próbują się ratować rozsypując pieniądze (a w sytuacjach krańcowych bronią się stanem wyjątkowym, wojną, dyktaturą) – jednym słowem, chaos i mizeria. Po jakimś czasie przejściowym (który może trwać długo), ktoś wprowadza solidny (wymienialny) pieniądz, i przez jakiś czas sprawy się mają ku lepszemu – do czasu, kiedy któryś z rządów nie wpadnie na genialny pomysł, że można rządzić znacznie efektywniej, jeśli zrezygnuje się z wymienialnościporadzić sobie z trudnościami, drukując więcej pieniędzy… Losy „papierowych” pieniędzy (których wartość jest ustalana administracyjnie, nie przez wolny rynek obrotu złotem) są dobrze pokazane tutaj. Obecnie po planecie krąży 176 walut; ich medialny (mediana to punkt środkowy zbioru, gdzie połowa jest powyżej, a połowa poniżej mediany) wiek to 39 lat. A w tym roku minie 38 lat od momentu „zawieszenia” wymienialności dolara przez Nixona. Co ciekawe, elementy powyżej opisanego scenariusza schyłku waluty i załamania gospodarczego są bardzo podobne, niezależnie od ustroju; można je było zaobserwować w Polsce, od późnych lat 60. do 80., w Związku Radzieckim, czy obecnie w Ameryce, gdzie poziom życia ulega systematycznemu obniżeniu od lat 70.

       Do roku 1971 sprawa była ustalona: dolar amerykański był wymienialny na złoto – a inne waluty były wymienialne pośrednio, ponieważ można je było wymienić na dolary. Ale gospodarka amerykańska doznawała coraz silniejszego nacisku inflacji, od połowy lat 60-tych. Prezydent Johnson zaczął (pod kłamliwym pretekstem) interweniować w Wietnamie, a nie chciał podnieść podatków, więc finansował operacje wojskowe drukowaniem pieniędzy. A do tego jeszcze Stany stały się importerem ropy naftowej netto, co wymagało pieniędzy; Johnson miał poza tym ambitny program społeczny zlikwidowania nędzy; do tego zbrojenia… Jego następca, Richard Nixon, dodał do wojny w Wietnamie jeszcze bombardowania Kambodży i Laosu, oraz rozpoczął nieprzytomną “wojnę z narkotykami”. Stany Zjednoczone zaczęły więc drukować dolary, w coraz większej skali (NB: mówiąc o „drukowaniu” mamy na myśli nie tyle sam akt produkcji dolarów, tylko ich produkcję w większej ilości, niż potrzebna dla zastąpienia zużytych banknotów i wzrostu kredytu towarzyszącego rozwojowi gospodarczemu). Nieuniknionym skutkiem takiego działania był spadek wartości dolara względem złota – na świecie było coraz więcej dolarów, którymi Ameryka płaciła swoje należności. Wiele rządów, z francuskim na czele, kupowało więc złoto od rządu USA (płacąc dolarami) – co uszczuplało jego zasoby, i zupełnie zrozumiale nie bardzo się podobało ekipie Nixona. „Zawiesił” więc on (tymczasowo, oczywiście) wymienialność – co odebrało realną podstawę nie tylko dolarowi, ale także prawie wszystkim walutom. Obecnie obserwujemy więc schyłkową fazę niewymienialnych walut, które nieubłaganie dążą do osiągnięcia swojej inherentnej wartości – i niekiedy ją osiągają. Tą wartością jest zero.

       Propozycje wprowadzenia wymienialności pieniądza spotykają się z bałamutnymi zarzutami, niezrozumieniem, atakami i szyderstwami, czasem wręcz histerycznymi reakcjami establishmentu. Alan Greenspan nazwał złoto “reliktem barbarzyńskiej przeszłości”. Po co nam kruszec, kiedy jesteśmy tak wyrafinowani i poinformowani; kiedy mamy elektroniczne giełdy, masowy handel międzynarodowy, stale rosnącą zamożność… Ale coraz wyraźniej widać, że to wyrafinowanie i poinformowanie jest żałośnie niewystarczające; że jeśli rządy nie mają nad sobą bicza w postaci przymusu wymienialności, to upadek waluty jest jedynie kwestią czasu – niezbyt długiego. Wymienialność oczywiście nie gwarantuje zachowania stałej wartości – ale, jak wiadomo, tylko dwie rzeczy są zagwarantowane na tym świecie, śmierć i podatki. Wymienialność przynajmniej wymusza na rządach minimum dyscypliny finansowej, oraz dostarcza społeczeństwu obrony i metody nacisku na rząd. W najbliższym czasie napiszę część 2, o mechanizmie wymienialności i niektórych błędnych wyobrażeniach na ten temat.

       Pragnę tu zrobić zastrzeżenie – nie jestem ekonomistą. Moja wiedza na tematy ekonomiczne jest niebezpośrednia – uzyskuję ją głównie czytając i słuchając wypowiedzi fachowców rozmaitego autoramentu. Ale robiąc to od parunastu lat, nabrałem przynajmniej pewnego rozeznania w sposobie argumentacji; studiowałem także temat na tyle, aby zrozumieć przynajmniej główne tezy wywodów. Powyższy tekst jest więc kompilacją z wielu źródeł, głównie libertariańskich; ale jest także produktem mojej sceptycznej analizy. Jeśli idzie o wymienialny pieniądz, to dałem się przekonać argumentom za.

Witold Ferens
Moscow, Idaho, USA
20 luty 2009

Dodatek bieżący: Zupełnie niesamowita w swej otwartości mowa Rona Paula, na temat sytuacji Ameryki; tylko 3 minuty, warto obejrzeć wideo
____________________________________________________________

    W wydawnictwie MyBook mybook.pl ukazała się moja druga z kolei książka, “O teorii ewolucji i zmianie klimatu - Dwa eseje na ważne tematy”. (Portal ma wersję polsko- i angielsko-języczną; zakup wymaga nieskomplikowanego zarejestrowania się).

    Pierwszy esej jest uhonorowaniem dzieła Darwina, i zawiera opis podstawowych trudności towarzyszących tworzeniu jego teorii, oraz spostrzeżenia na temat absurdalnego konfliktu pomiędzy nauką i religią, oglądanego z perspektywy amerykańskiej. Drugi esej jest “definitywnym” traktatem na temat globalnej zmiany klimatu. “Definitywnym” nie dlatego, że miałby zawierać całą możliwą wiedzę na ten temat, tylko dlatego, że omawia wszystkie (spośród znanych nauce) czynniki mające istotny wpływ na bilans cieplny Ziemi, oraz współzależności pomiędzy czynnikami biotycznymi i abiotycznymi. Porusza też kwestię mirażu “pewności”, która jest nieosiągalna (w naukach przyrodniczych) oraz niepotrzebna do podejmowania sensownych decyzji; odpowiada także na argumenty przeciwników przeciwdziałania wzrastającemu stężeniu dwutlenku węgla. Teksty są zaopatrzone w rysunki, będące z lekka humorystycznymi komentarzami/przerywnikami.

   Oba eseje są napisane “wprost”, przystępnym językiem, bez technicznych terminów, ale zarazem (jak mam nadzieję) na tyle wnikliwie, aby czytelnik nie mający specjalnego rozeznania w naukach przyrodniczych mógł dogłębnie zrozumieć istotę zagadnienia (czy też zagadnień). Pierwszy esej omawia także kwestię, co to jest teoria przyrodnicza, i co ją odróżnia od hipotez i domysłów. Urywki tekstu są zaprezentowane na odpowiedniej stronie obok.

Będę wdzięczny za refleksje, krytykę, i komentarze, które można przesyłać na adres witoldferens@gmail.com

Share/Save/Bookmark

Ruchy Browna i Obamy

February 7th, 2009

    W 1827 roku szkocki botanik Robert Brown oglądał pyłek kwiatów pod mikroskopem, dostrzegając dość zagadkowe, chaotyczne poruszenia bardzo niedużych cząstek wewnątrz tych pyłków (nie ruchy samych ziaren pyłków, jak to się niekiedy błędnie twierdzi). Zastanawiając się nad tym, czy te nieskoordynowane ruchy nie są przejawem procesów życiowych, obejrzał rozmaite niewątpliwie martwe cząstki mikroskopijnej wielkości (np. kurz) i stwierdził, że poruszają się one w wodzie w podobny sposób, jak te tajemnicze cząstki wewnątrz wakuol pyłku kwiatowego. Albert Einstein i Marian Smoluchowski, niezależnie od siebie, zinterpretowali zaobserwowane przez Browna ruchy jako pośredni dowód istnienia atomów i cząsteczek chemicznych, twierdząc, że to właśnie one, zbyt małe aby je dostrzec pod mikroskopem świetlnym, powodują makroskopowe poruszenia znacznie od nich większych (i dostrzegalnych) cząstek pyłu. Pojęcie „ruchów Browna” przedostało się do potocznego języka, i jest często używane dla opisania działań chaotycznych, przypadkowych, nie prowadzących do żadnego dostrzegalnego celu – takich, jak obecne posunięcia rządów usiłujących „walczyć z kryzysem”.

    Brytyjski premier, Gordon Brown, otrzymał w spadku po swoim poprzedniku solidnie zmasakrowaną gospodarkę, ale nie szczędził wysiłków (czy też ruchów Browna) aby jej dołożyć jeszcze od siebie. Wyratował z opresji jeden czy drugi bank, zrobił finansowy zastrzyk, obniżył VAT (co nie zwiększyło sprzedaży, ale za to znacznie uszczupliło dochody państwa), dodrukował pieniędzy… Wszystko na nic. Funt się chwieje, bezrobocie rośnie, nadmiar domów pozostaje w nadmiarze, banki są praktycznie niewypłacalne. Co należy robić? Oczywiście, jeszcze więcej tego samego. Więcej ruchów, i bardziej zamaszyście. A co ma być celem tej działalności? Nie wiadomo. I żadnemu dziennikarzowi nie przyjdzie do głowy zapytać – co właściwie rząd usiłuje osiągnąć? I dlaczego osiągnięcie tego, co rząd usiłuje osiągnąć (zakładając, że takie coś istnieje) miałoby być w czymkolwiek pomocne?

    Rządy (teoretycznie przynajmniej) demokratycznych państw dostają coraz większych drgawek. Nie wiem, jak to wygląda w Chinach i w Rosji – być może jest podobnie. Ale zachodnie rządy miotają się gorączkowo, zanurzając się coraz głębiej w ruchomych piaskach, uparcie odmawiając nazwania rzeczy po imieniu. Roztaczają przed swoimi społeczeństwami wizję dynamicznych działań, ratując, gwarantując, i stymulując co się da, szukając ratunku w chaosie. Ale niechęć do nazwania problemu i uznania, że on istnieje niczego nie uratuje, co najwyżej pogłębi społeczne poczucie beznadziejności. Nie winię polityków o brak rozeznania w ekonomii, zwłaszcza że ta dyscyplina jest jeśli nie pseudonauką, to bardziej sztuką niż rzemiosłem. Rządy powinny jednak przynajmniej pozwolić na szczerą dyskusję społeczną i parlamentarną, aby ludzie mogli usłyszeć chociaż parę słów prawdy. Kontynuowanie działań i zachowań, które doprowadziły do kryzysu, niczego nie naprawi, a może jeszcze sytuację pogorszyć.

    A problem można opisać zwięźle – wystarczą do tego trzy słowa. ŻYCIE PONAD STAN. Jest to źródło i przyczyna obecnego problemu – i dopóki ten czynnik nie ulegnie zmianie, dopóty działania naprawcze będą nieskuteczne, jeśli nie szkodliwe. Życie ponad stan – na koszt przyszłych pokoleń; za cenę trwonienia społecznego majątku i dorobku, i zniszczenia zasobów przyrodniczych; za cenę zmarnowanych możliwości sensownego rozwoju. W oparciu o niemożliwy do utrzymania na dłuższą metę system bezustannej gonitwy, narastającego zadłużenia, wyścigu szczurów, zupełnego wyeksploatowania. System, którego niewolnicy nie noszą widocznych łańcuchów, ale zabierają ze sobą na „wakacje” telefon komórkowy i komputer, aby być do dyspozycji 24/7/12. Bezustannie…

    Wśród inżynierów krąży powiedzenie, że wszystko można zrobić szybko, tanio, i dobrze – pod warunkiem dokonania wyboru dwóch spośród tych trzech parametrów. Rządy usiłują podtrzymać fikcję, że można mieć nie dokonywać wyborów. Że można mieć - jednocześnie i bezkarnie - zamożną egzystencję opłacaną z deficytu budżetowego i mocną walutę. Że można powiększać konsumpcję, obniżać podatki, drukować pieniądze, mało produkować, dużo importować, mieć stabilną klasę średnią, oraz potężną armię; propagować zysk jako jedyną właściwą motywację ludzkich zachowań, marnie opłacać nauczycieli, i mieć oświecone społeczeństwo i trzeźwych wyborców; że można odsuwać w nieskończoność rzetelny obrachunek i rzeczywiste (nie jedynie pozorowane) rozwiązywanie narastających problemów. Zamiast powiedzieć jasno, ile trzeba uzyskać pieniędzy z podatków na pokrycie wydatków państwa, można się posłużyć ukrytym podatkiem w postaci inflacji, niszcząc oszczędności i karając osoby zachowujące roztropność i umiar w sprawach finansowych. A jak będą napięcia i trudności, to wydrukuje się więcej pieniędzy. I wszystko będzie dobrze. Oraz szybko i tanio.

    [dodatek z 8 lutego '09] Nie wszystkie państwa, przynajmniej nominalnie demokratyczne, zachowują się identycznie, i są między nimi istotne różnice. Najbardziej istotna jest dramatyczna i zwykle nieuświadomiana przepaść pomiędzy Europą a Stanami Zjednoczonymi. O ile Europa próbuje tworzyć, przynajmniej w teorii, społeczeństwo dobrobytu, to Stany od paru dziesiątków lat tworzą państwo składające się z bogaczy (kilka procent populacji uzyskuje 90% dochodów) i biedaków, którzy nie są w stanie utrzymać siebie pojedyńczo pracując za minimalną pensję, nie mówiąc o rodzinie, oraz coraz wątlejszej klasy średniej, której członkowie są bezustannie zagrożeni utratą statusu i stanu posiadania w przypadku zwolnienia z pracy bądź poważnej choroby. Nie wszystkie rządy robią pełny użytek z całego arsenału możliwych idiotyzmów, i niektóre zachowują się w miarę przytomnie. Sytuacja Niemiec, doznających trudności gospodarczych, jest nieporównywalna z katastrofą Wielkiej Brytanii, nie mówiąc o Islandii. Francja doznaje napięć, ale się nie zawala tak jak Stany Zjednoczone. Ale rządy, choć w różnym stopniu, ukrywają bolesne prawdy przed swoimi społeczeństwami, i bronią się przed uznaniem oczywistego faktu życia ponad stan.

   A co ma do tego Obama? Cóż, obawiam się, że zaczyna wykonywać nieskoordynowane ruchy… Nie jestem pewien, czy wie, co ma zamiar osiągnąć. Chce ratować gospodarkę od zapaści – przy pomocy „ekspertów”, którzy do tej zapaści doprowadzili swoją radosną twórczością, propagując deregulację, rozdęty kredyt, i drukowanie pustego pieniądza. Chce zastosować „stimulus” wydając 800, a może i 1000, miliardów – nie mówiąc ani słowa, kto ma te pieniądze zapłacić. Rozważa możliwość utworzenia “banku złych pożyczek”, aby uratować banki i instytucje finansowe (czy też ich zamożnych akcjonariuszy) które dokonały nieprzytomnych inwestycji - na koszt społeczny, pogrążając społeczeństwo w bagnie niemożliwego do spłacenia długu. Obiecywał wycofać armię z Iraku w ciągu 16 miesięcy – a teraz zaczyna być słychać, że może potrwa to jednak dłużej. Miał zlikwidować ohydę pod nazwą „Guantanamo”, ale zdaje się, że niektórych pensjonariuszy będzie się dalej bezterminowo trzymać – tyle, że na terenie Stanów. Miał dokonać zmian – ale te zmiany na razie ograniczają się głównie do mocnych słów bez większego znaczenia. Kraj się zaczyna walić – a on mówi o zwiększeniu misji wojskowej w Afganistanie, na którym już parę mocarstw sobie połamało zęby (i w którym zorganizowanie wesela na otwartym powietrzu jest zagrożeniem życia, z powodu skłonności wojsk USA do bombardowania wszelkich większych grup ludzi). Zamiast oprzeć się na spragnionym rzeczywistych zmian społeczeństwie, uprawia politykę pałacową, kokietując wrogo usposobionych do wszelkich zmian Republikanów – w zamian otrzymując od nich kolejne ciosy. Być może było to naiwne oczekiwanie ze strony społecznej, ale ludzie mieli nadzieję na coś zupełnie innego. Wiele osób nadal ją ma – włącznie ze mną. Jest wciąż możliwe, że Obama będzie podatny na nacisk swoich wyborców, i będzie potrafił urosnąć na miarę sytuacji i potrzeb. Być może nie zdoła, jeśli w ogóle będzie próbować, pokonać oporu systemu oraz politycznej i finansowej arystokracji. Może nie da rady przebić się przez bełkot i propagandę podporządkowanych korporacjom mediów. Ale przynajmniej będzie działać w dobrej wierze. A to byłaby ogromna zmiana sama w sobie.

Witold Ferens
Moscow, Idaho, USA
6 luty 2009.

Share/Save/Bookmark

Zawał

January 18th, 2009

 

    Conoco-Philips, trzecia spośród największych kompanii naftowych USA, zwolni 4% pracowników; IBM, największy pracodawca wśród kompanii elektronicznych, zwolni tysiące osób; Circuit City, łańcuch sklepów sprzedających sprzęt elektroniczny, ogłasza bankructwo, i zlikwiduje wszystkie placówki amerykańskie. A dopiero co cięcia i zwolnienia ogłosiły Hertz (wynajemca samochodów), Motorola, Boeing… W zeszłym roku, według oficjalnych statystyk, straciło pracę blisko 3 miliony osób; prognozy na rok obecny mówią o dwóch milionach, ale to wydaje się raczej optymistyczne.

    Gospodarka USA znajduje się więc w stanie przedzawałowym. Potrzebna jest jej pilnie mocna kuracja, a przede wszystkim gruntowna zmiana modelu i sposobu funkcjonowania – z bezproduktywnego konsumeryzmu (do niedawna 70% aktywności gospodarczej) na coś bardziej sensownego i przydatnego dla ludzkiego życia. Taka reorganizacja zresztą się już dokonuje – centra handlowe zaczynają świecić pustkami, a prywatny dług się nieco zmniejszył, po paru dziesiątkach lat bezustannego (i nieprzytomnego) wzrostu. Ludzie, najzupełniej rozsądnie, zaczynają oszczędzać. Ale taka sytuacja jest rządowi nie w smak… Sternicy państwa są w dalszym ciągu ślepi i głusi; usiłują pompować coraz to nowe dziesiątki i setki miliardów w system finansowy, ratują przed upadkiem kolejne firmy, wymyślają coraz bardziej egzotyczne sposoby dokonywania finansowych zastrzyków. Jednym słowem, walczą z historią, nie potrafiąc przyznać się do klęski. Wynik tej konfrontacji jest łatwy do przewidzenia; z równym powodzeniem pstrąg mógłby próbować zatrzymać koło młyńskie. Konsumeryzm, złowrogi wynalazek XX wieku, należy już do przeszłości; nie warto próbować go wskrzeszać.

    Swoją drogą, jest to zadziwiające, jak mało wrażliwi są amerykańscy decydenci i (oficjalni) komentatorzy na gigantyczną przepaść pomiędzy działaniami rządu a oficjalnie panującą ideologią wolnego rynku. Prawdę mówiąc, to rzeczywiście wolnego rynku w Ameryce nie było już od bardzo dawna. Aktywność gospodarcza była centralnie sterowana przez finansową elitę, ustalającą stopy procentowe, według swoich potrzeb i widzimisię. Znaczna część rynku jest kontrolowana przez oligopole i kartele, oraz przez rząd, który od paru dziesiątków lat jest największym pracodawcą (nie licząc wojska), oraz głównym zleceniodawcą i nabywcą. Rząd nadzoruje masywne zbrojenia i globalne operacje militarne (ponad 750 baz wojskowych, w ponad połowie krajów świata); utrzymuje system więzienny (ponad 2 miliony ludzi za kratami, najwięcej więźniów na świecie, w liczbach względnych i bezwzględnych); rząd udziela hojnych dotacji dla agrobyznesu czy przemysłu naftowego, itd., itd. Ale do niedawna przynajmniej starano się zachować pozory. Teraz zaś bez żenady dokonuje się masywnych interwencji, na modłę centralnie sterowanej gospodarki socjalistycznej w najgorszym wydaniu. Ratuje się upadające korporacje – za pieniądze z podatków, które są płacone przez firmy mające dochód, oraz przez osoby prywatne, mające nadwyżki finansowe dzięki dobrym zarobkom i odpowiedzialnemu postępowaniu. Czyli – przedsiębiorstwa i podatnicy są karani za gospodarność i rozsądek! Dobrze prowadzony bank, mający solidne aktywa i nie udzielający zbyt wielu pożyczek, ma konkurować z bliskim upadku bankiem, dostającym od rządu wielomiliardowe zastrzyki finansowe; przedsiębiorstwa są wynagradzane za nieudolność. Ale dla gadających głów telewizyjnych, nie jest to większym problemem. Trudno się dziwić, że oficjalne media znajdują się w głębokiej pogardzie… W niedawno przeprowadzonej ankiecie, 60% badanych było zdecydowanie przeciwnych rządowym akcjom ratowania upadających korporacji. Ludzie rozumieją sytuację lepiej niż rząd i kongres.

    System bankowy z pozoru jeszcze funkcjonuje, ale na dziwnych zasadach, w oparciu o płynne reguły. Nie wiadomo, co decyduje o upadku bądź uratowaniu zagrożonego banku, i coraz więcej jest „żywych trupów” (zombie banks), które niby działają, ale dzięki sztucznym podporom. Dziesiątki lat zaniedbań regulacyjnych i nadzorczych, systematycznie minimalizowane wymogi kapitałowe i sprawozdawcze, udzielanie pożyczek hipotecznych osobom nie spełniającym minimalnych wymogów (brak udowodnionych zarobków, brak oszczędności, niepewne widoki na zatrudnienie)… Banki muszą teraz pić piwo, które nawarzyły, i zupełnie nie mają na to ochoty. Trwa więc sytuacja impasu – a rząd nie ma instrumentów do bezpośredniego sterowania działalnością banków, ani sposobu aby je zmusić do udzielania pożyczek – których zresztą całkiem słusznie te instytucje nie mają ochoty udzielać, w warunkach narastającego kryzysu. Żeby przynajmniej nazwać rzeczy po imieniu… Pierwszym i koniecznym warunkiem reformowania czegokolwiek jest uzyskanie prawdziwego obrazu sytuacji. Zamiast tego, maskuje się rzeczywistość pustosłowiem.

    Niestety, prezydent-elekt Obama wyznaje oficjalną wersję wydarzeń, wraz z potrzebą „ratowania” gospodarki i przedsiębiorstw. Najlepszym ratunkiem byłoby, oczywiście, wycofanie się z imperialnych awantur, sprowadzenie armii do kraju, likwidacja przynajmniej niektórych baz zagranicznych – ale o tym nie słychać. Jest natomiast dużo mowy o „naprawieniu”, „uruchomieniu”, „nowym starcie” i innych czynnościach mających w cudowny sposób uzdrowić gospodarkę (fix, jump-start), czy też przywrócić ją do „normalnego” działania. Takie sformułowania zakładają, że gospodarka do niedawna funkcjonowała należycie (normalnie?) – co jest oczywiście zupełnym złudzeniem. Aktywność gospodarcza była sztucznie podtrzymywana przez nieprzytomnie łatwy kredyt, dostarczany przez zaciąganie coraz większego długu, albo drukowanie pieniędzy. Rezerwa Federalna (która wbrew nazwie jest prywatnym konsorcjum bankowym, nie rządową instytucją) pod radosnym kierownictwem Alana Greenspana produkowała kolejne „bąble” - z których ostatni i największy, mieszkaniowy, zawalił się przed rokiem. (W roku 2000, rynek mieszkaniowy miał wartość 11,4 tysięcy miliardów; w 2006 – 20,3 tysiące! Ponad półtora raza więcej, niż produkt narodowy brutto…). Ben Bernanke, następca Enigmatycznego Alana, robi co może, aby nadmuchać kolejny bąbel – ale dmucha w dziurawy balon… W blogosferze pojawiają się podejrzenia, że rząd ma pełną świadomość beznadziejności sytuacji, i jedynie gra na zwłokę – tak, aby upadek finansowy dokonał się dopiero po objęciu urzędu przez Obamę. Wtedy będzie można wszystko na niego zwalić, twierdząc, że dopóki Bush był przy władzy, to system funkcjonował. Jest wątpliwe, aby społeczeństwo dało się na to nabrać, choć takie argumenty byłyby na pewno skwapliwie przyswojone, przynajmniej przez znaczną część osób głosujących na McCaina i Palin. Być może w przewidywaniu takiej sytuacji Obama wykonuje uwodzicielskie posunięcia wobec konserwatywnej elity, spotykając się nawet z zupełnie reakcyjnymi pismakami, takimi jak piewca wojny w Iraku Bill Kristol, zażarty neokon, od niedawna felietonista „New York Times”.

    Czy Obama ma szanse stać się amerykańskim Gorbaczowem – reformatorem systemu? A jeśli tak - to czy z podobnym skutkiem? Na pewno będzie mieć sposobność do tego… Czy ją dostrzeże i czy będzie chciał zrobić z niej użytek, to zupełnie inne pytanie. Gdybym miał się o to zakładać, to bym powiedział, że nie ma na to ochoty – ale być może będzie w przymusie. Amerykański dolar może się w każdej chwili zamienić z orła w cegłę, i zakończyć loty – a wtedy nie będzie wyjścia; trzeba będzie zwijać manatki w tych 750 bazach, jak nie będzie czym zapłacić za wynajem terenu. A ludzie potrafią niekiedy urosnąć w wymagającej sytuacji, nawet jeśli się w niej znaleźli wbrew swojej intencji. Katastrofa zresztą nie jest jeszcze pewna; w odróżnieniu od upadającego Związku Radzieckiego, Ameryka ma sporo funkcjonujących nie najgorzej instytucji, przedsiębiorstw, oraz tradycji; ma zasoby; przynajmniej teoretycznie wolną prasę – jak też zupełnie wolną blogosferę, która coraz częściej zastępuje oficjalne media; ma całkowitą swobodę działania. Obamie może więc przypaść rola Roosevelta, twórcy Nowego Ładu i zbawcy kapitalizmu. Jego prezydentura zaczyna się jednak w warunkach zupełnej niepewności; jego intencje i potencjał przywódczy są niewiadome. Czy jest świadomy powagi sytuacji? Czy zdobędzie się na szczerość? To się okaże, prędzej czy później, w ciągu nadchodzących miesięcy.

Witold Ferens
Moscow, Idaho, USA
18 stycznia 2009

witoldferens@gmail.com

Share/Save/Bookmark

Madoff i Blagojewicz - symbole obecnej epoki

December 28th, 2008

    Dwa niedawne wydarzenia na amerykańskiej scenie można uznać za symbole raptownie pogłębiającego się kryzysu: afera Blagojewicza, gubernatora stanu Illinois, jest symbolem degrengolady sfery politycznej; upadek piramidy, zorganizowanej przez Bernarda Madoffa, jednej ze słynniejszych postaci Wall Street jest symbolem zniszczenia (materialnego i obyczajowego) w sferze finansowej. Oba te wydarzenia nie są specjalnie wyjątkowe; można się spodziewać, że w miarę narastania kryzysu wyjdą na jaw dziesiątki innych podobnych do nich. Pierwsza afera znalazła się w świetle reflektorów z uwagi na pośrednie połączenie z osobą prezydenta-elekta (któremu zresztą prasa próbuje zrobić z tego ogon; na jego szczęście trzymał się on z dala od tej chodzącej bomby zegarowej, jaką był „Blago”). Druga jest epokowym wydarzeniem, z uwagi na rozmiary afery (50 miliardów!!!), oraz osobę słynnego finansisty. Popularny „Bernie” był osobą-instytucją, znaną i poważaną, cieszącą się niebywałym zaufaniem. Prowadził operacje giełdowe od blisko 50 lat; był jednym z filarów Wall Street, współtwórcą elektronicznego systemu obrotu akcjami – oraz głównym finansistą żydowskiej elity w Ameryce. Obnażenie jego gigantycznego oszustwa obala więc jedną z podstawowych tez antysemickich, o żydowskiej konspiracji dążącej do zapanowania nad światem… Z uwagi na rekrutację inwestorów poprzez nieoficjalne, towarzyskie kontakty, zasadnicza większość ofiar Berniego to znane osobistości śmietanki towarzyskiej o starozakonnym rodowodzie, takie jak Steven Spielberg, Elie Wiesel, oraz rozmaite żydowskie instytucje naukowe, filantropijne, etc. - Yeshiva University, Hadassach; w sumie ponad 4 tysiące inwestorów indywidualnych i instytucjonalnych. Madoff nie ograniczał się jednak do sfery wyznaczonej etnicznie czy wyznaniowo; grabił internacjonalistycznie i ponadrasowo, przyjmując każdego, kto był gotów wpłacić przynajmniej parę melonów, bez zadawania zbyt wielu pytań odnośnie tajemniczego sposobu, w jaki jego fundusz miał rok w rok stałe zyski, niezależnie od tego, co działo się w finansach i gospodarce. Odwrotną stroną medalu jest to, że finansowa masakra sprokurowana przez Berniego jest katastrofą dla środowisk żydowskich; niektórzy porównują ją do „kryształowej nocy” w hitlerowskich Niemczech – tyle, że dokonanej „własnymi rękami”…

    Operacje Madoffa zdumiewają swoimi rozmiarami, oraz trwałością; trudno uwierzyć, aby w tak masywny schemat, obejmujący fikcyjne obroty dziesiątkami miliardów dolarów, mógł być jednoosobowym przedsięwzięciem. Cóż, śledztwo się dopiero zaczyna; potrwa pewnie z rok albo dłużej, i dowiemy się zapewne znacznie więcej, niż pragnęlibyśmy wiedzieć o kulisach sprawy. Ale już teraz schemat Madoffa obrazuje stan umysłów i postaw amerykańskich elit – infantylizm, pragnienie łatwego zysku, lenistwo umysłowe, samooszukiwanie się. Dla każdego, kto miał minimalne pojęcie o inwestowaniu na giełdzie, musiało być oczywiste, że z tym funduszem jest coś nie w porządku. Pam Martens, dziennikarka pisząca o finansach, wspomina swoją rozmowę sprzed paru lat, z osobą pragnącą zainwestować u Berniego, który wtedy GWARANTOWAŁ zwroty powyżej 9% - rok w rok, niezależnie od tego, co się działo z rynkiem akcyjnym. Powiedziała temu komuś, że takie wyniki są po pierwsze niemożliwe, po drugie – nielegalne (gdyby były możliwe). Ale to nie zrażało kolejnych chętnych… Niektórzy mogli nie mieć większego pojęcia o pieniądzach; jeśli byli kolejnym pokoleniem zrodzonym w bogactwie, to zamożność była dla nich stanem naturalnym, nad którym się wiele nie zastanawiali, tak jak mało kto się zastanawia nad tym, skąd pochodzi tlen, którym oddychamy. Jeżeli się cokolwiek wyznawali na finansach, to zapewne przypuszczali, że Madoff ma źródła informacji, dzięki czemu może „pobić rynek”, i dlatego jest taki tajemniczy; w takim razie musieli sobie też zdawać sprawę z nielegalności operacji giełdowych opartych na poufnej informacji. Można od biedy zrozumieć kogoś, kto odziedziczył majątek, i został namówiony do zainwestowania w fundusz, działający od dziesiątek lat, kierowany przez człowieka cieszącego się powszechnym poważaniem. Ale trafiali tam nie tylko pojedynczy klienci, którzy usłyszeli o funduszu na ekskluzywnym przyjęciu. Rozmaite „fundusze funduszów” (funds of funds) kierowali do Madoffa pieniądze swoich klientów – a dyrektorzy tych organizacji byli jakoby fachowcami od finansów! Wśród ofiar znajdują się też banki – amerykańskie, australijskie, francuskie, szkockie… To pokazuje z całą ostrością skalę upadku światowej finansjery. Rozpaczliwy brak przyzwoitości i zdrowego rozsądku – a przede wszystkim kompetencji. Powierzanie dziesiątek i setek milionów cudzych pieniędzy tajemniczej operacji, bez zadania sobie trudu zbadania jej wiarygodności i podstaw działania… Zamiatacz ulic, wykonujący swoją pracę z równą dozą staranności, co nabrani przez Berniego bankierzy, zostałby wywalony z posady po paru dniach za niedbalstwo. A dyrektorzy funduszów i banków wypłacali sobie dziesiątki i setki milionów dolarów wynagrodzeń…

    Osobnym skandalem, w równie gigantycznej skali, jest sposób sprawowania nadzoru przez SEC (Security and Exchange Commission). Jak się okazuje, ta komisja była po prostu przykrywką dla mniej lub bardziej nieprzytomnych i/lub nielegalnych machinacji giełdowych. Republika kolesiów… Przeoczenie operacji Madoffa wymagało czegoś znacznie większego niż niedbalstwo; wymagało świadomego wysiłku, aby nie dostrzec rażących nieprawidłowości i sygnałów ostrzegawczych. Jest to szczególnie jaskrawo widoczne w niepowodzeniach osób, usiłujących zachęcić SEC do działania. Sztandarowym przykładem jest Harry Markopolos, ekspert od pochodnych kredytowych, który przez wiele lat usiłował zainteresować regulatorów rynku osobą i funduszem Madoffa. Między innymi sporządził on opracowanie (7 listopada 2005), w którym przytoczył 29 wyraźnych znaków ostrzegawczych, z których dwa albo trzy były wystarczające, aby nabrać uzasadnionych podejrzeń. Markopolos pokazał, że wyniki Madoffa były matematycznie niemożliwe, gdyby miały być uzyskane na podstawie ujawnionej strategii inwestowania; wysoce podejrzane były tajemniczość operacji i brak jasnych kryteriów akceptowania wkładów; jedynym możliwym sposobem na osiągnięcie rzekomych zysków było albo korzystanie z poufnych informacji, albo wykorzystanie mechaniki ruchu pieniędzy na giełdzie, oba całkowicie nielegalne; i tak dalej, i tak dalej… SEC zrobiło w końcu „kontrolę” (nawet niejedną). Nie wykryto żadnych nieprawidłowości. Co prawda, kontrolę nadzorował zięć Berniego, ale trudno przypuszczać, aby ten przyziemny fakt miał tu jakieś znaczenie. Jest to zresztą swoista tradycja amerykańskiej rzeczywistości, że do pilnowania kurnika zwykle wynajmuje się lisa. Podobnie się dzieje w armii, w państwowych finansach, w policji, w NASA, i wielu innych dziedzinach życia społecznego – co zresztą jest jednym z istotnych powodów obecnego społecznego krachu. I nikt nie jest – jak widać – za nic odpowiedzialny. Błędy zostały popełnione, przez nieznanych sprawców, których nie udało się wykryć z powodu pewnych niedopatrzeń – ale żeby ktoś miał za coś konkretnie odpowiadać? Przecież wszyscy chcieli jak najlepiej – a tak już jest w życiu, że nie wszystko się udaje.

    A fundusz Madoffa to w sumie małe piwo. Całość finansów USA to jest jedna wielka, nadęta piramida, poczynając od zewnętrznego długu państwowego, a kończąc na systemie rent i opieki lekarskiej dla emerytów. Z niewielkimi przerwami, od trzech dziesiątków lat rząd wydaje więcej, niż otrzymuje z podatków i innych wpływów – i różnica jest pokrywana przez rządowe papiery skarbowe. Ten dług wynosi teraz 10,5 tysięcy miliardów (ponad 70% produktu narodowego) – i narasta w tempie 400-500 miliardów rocznie, bo tyle kosztuje oprocentowanie – które też trzeba spłacać z pożyczonych pieniędzy. Pisałem na ten temat, więc nie będę się zbytnio powtarzał – ale do kredytorów rządu USA zaczyna powoli docierać prosty fakt, że ten rząd nie ma najmniejszych intencji spłacania swojego długu. A nawet gdyby miał… Dług wynosi obecnie ponad 30 tysięcy dolarów na obywatela, i parokrotnie więcej na każdego zatrudnionego – a amerykański dochód narodowy to trzydzieści kilka tysięcy na głowę. Załóżmy jednak, że rządy Chin, Japonii, Niemiec, oraz arabskich państw naftowych zdecydują się utrzymać system dolarowy przy życiu, za cenę stałej deprecjacji swoich dolarowych zasobów, i będą dofinansowywać rząd amerykański równie hojnie, jak dotąd. Pozostaje nadal problem długu wewnętrznego – rządowych zobowiązań rentowych, itp. Od kilkunastu lat rząd wykorzystuje wpłaty na fundusz rentowy do pokrywania bieżących wydatków, ponieważ wpływy ze składek przewyższają wypłaty świadczeń. Ale nadchodzi fala wieku emerytalnego dla pokolenia „baby-boom”, czyli powojennego szczytu demograficznego. I co wtedy? Fundusz emerytalny nie zawiera pieniędzy, tylko rządowe weksle – a renty i emerytury trzeba będzie wypłacać prawdziwymi pieniędzmi. Rząd, oczywiście, będzie mógł ich wydrukować tyle, ile będzie potrzebował – ale po pierwsze, to będzie koniec dolara, po drugie – nie rozwiąże to problemu, a przynajmniej nie na długo.

    Społeczeństwo amerykańskie stoi więc w obliczu zupełnej katastrofy finansowej i kompletnego bankructwa. W kraju jest mnóstwo niezałatwionych spraw – upadająca infrastruktura, niewydolny system edukacyjny, rachityczny system opieki społecznej, jedna wielka zgroza w postaci systemu opieki zdrowotnej, czy też raczej jego dotkliwego braku – a ostatnie pieniądze są pakowane w imperialne szaleństwa. Oprócz dwóch wojen, USA utrzymują ponad 700 (SIEDEMSET!!!) baz wojskowych poza granicami kraju, w sześćdziesięciu kilku państwach. Imperium rzymskie nawet się nie umywa… W tej sytuacji dramatycznie potrzebne jest dokonanie realistycznego obrachunku aktywów i zobowiązań państwa, i jakiś plan strategiczny. Ale w mediach panuje głęboka cisza na ten temat, i w ogóle wszelkie niewygodne tematy. A jedyna strategia to najwidoczniej zadłużanie przyszłych pokoleń obywateli, którzy już w tej chwili w momencie urodzin otrzymują od rządu swoisty prezent, w formie długu państwowego, niewiele mniejszego od rocznego produktu narodowego.

    Czy Obama ma świadomość tej sytuacji? Być może, w części. Jego wypowiedzi na ten temat są ogólnikowe, co jest zresztą regułą wśród polityków (jeżeli w ogóle mówią o tych sprawach). Oczywiście, w wyborach prezydenckich szczerość jest zabójcza dla kandydata – jeżeli ktoś się zaczyna wypowiadać bez ogródek o jakimś aspekcie społecznego życia, to prasa bardzo szybko robi z niego wyznawcę krańcowych poglądów, marginalnego oszołoma, i usuwa go z gry. W ostatnich wyborach przydarzyło się to przynajmniej dwóm poważnym kandydatom; John Edwards powiedział parę słów o rozwarstwieniu majątkowym, a Ron Paul – o sytuacji finansów państwa. Obaj szybko zniknęli z łamów i ekranów. Społeczeństwo amerykańskie jest więc zupełnie nieprzygotowane – emocjonalnie, intelektualnie, organizacyjnie – na nadchodzące wydarzenia. Nie jest pod tym względem zapewne zupełnym wyjątkiem – zdaje się, że bardzo podobnie się dzieje w Wielkiej Brytanii, którą też czeka krach finansowy i gospodarczy. Ale rozdźwięk pomiędzy rzeczywistością a oficjalną wersją wydarzeń jest w USA chyba największy, wśród społeczeństw nie rządzonych otwarcie przez dyktatury.

    A sprawa Blagojewicza? Miał pecha – został nagrany, mówiąc otwarcie i dosadnie to, co zwykle pozostaje niewypowiedziane. Chciał przehandlować swoje prerogatywy nominacji następcy Obamy, który za parę tygodni będzie musiał zrezygnować z urzędu senatora Illinois. Ale to jest przecież zwykły i codzienny modus operandi amerykańskiej polityki. Kompanie przemysłowe, wydobywcze, finansowe, nie bez powodu płacą na fundusze wyborcze polityków. Ci ostatni nie muszą się kłopotać o finansowanie swoich kampanii wyborczych – a byznes ma ustawy, jakie mu odpowiadają, i nie ma zbyt wielu takich, które przysparzałyby niepotrzebnych kłopotów. A wyborcy? Mają wybór – między Lelum i Polelum. Mogą głosować na kandydata wspieranego przez General Electric – albo wspieranego przez General Motors. Najlepsza niewątpliwie demokracja, spośród będących w sprzedaży.

Witold Ferens
Moscow, Idaho, USA
27 grudnia 2008.

P.S. Od jakiegoś czasu mam ustawiczne kłopoty z programem Word Press, który z niejasnych dla mnie powodów nie wykonuje niektórych czynności. Wciąż nie mogę uruchomić forum dyskusyjnego; nie mogę nawet ustawić kategorii. Strona nie jest więc zorganizowana tak, jakbym tego pragnął. Mam szczery zamiar bliższego zapoznania się z WordPress – w pierwszej wolnej chwili (czyli w ciągu najbliższych paru miesięcy). Jeśli ktoś z Czytelników ma doświadczenie z WordPress i byłby skłonny mi dopomóc, to będę zobowiązany.
witoldferens@gmail.com

Share/Save/Bookmark

Czy Obama zdąży?

December 5th, 2008

 

    Ekonomiści – ci, którzy są cytowani przez amerykańskie „media głównego nurtu”, czyli jak to się mówiło kiedyś w socjalistycznej Polsce, „publikatory”, odkryli niedawno, że w USA panuje recesja – i to już od grudnia 2007. Można więc oficjalnie używać tego brzydkiego słowa dla opisania nieprzyjemnej rzeczywistości… Dla 90% społeczeństwa nie było to specjalne odkrycie, ale ci spostrzegawczy ekonomiści być może przebywali przez dłuższy czas gdzieś poza Ziemią, i dopiero niedawno wrócili. W świetle tego odkrycia, wygłaszane jeszcze przed paroma miesiącami stwierdzenia rządowych osobistości odnośnie „doskonałego” stanu gospodarki wyglądają na to, czym rzeczywiście były - bełkotem, nie mającym związku z rzeczywistością.

    Nie jest dobrze, gdy decydenci nie mają pojęcia, jaka jest sytuacja osób, zarabiających pracą na życie. W normalnym państwie są zwykle opozycyjne partie polityczne, prasa i telewizja nie pozwalające politykom bezkarnie głosić bredni, i inne instytucje pilnujące, aby oficjalna wersja wydarzeń nie odbiegała zbyt daleko od rzeczywistości. Czy są jeszcze gdzieś takie państwa? Francja? Norwegia? Niemcy? Nie wiem. Co do Polski, mam trochę wątpliwości, z powodu entuzjastycznego poparcia rządzących elit dla rozmaitych przedsięwzięć podejmowanych przez ekipę Busha Młodszego. Wojna iracka, radar, nieprzytomne działania Gruzji, i temu podobne, raczej nie spotkały się w Polsce z odporem i krytyką, na jaki zasługiwały i zasługują nadal. Nie śledzę polskiej prasy, więc nie chcę wyrokować. Ale „po owocach ich poznacie ich”…

    A owoce już dojrzewają, i zaczynają spadać. Ameryka się sypie, w przenośni i miejscami dosłownie (mosty, drogi, itp.). Fundusze inwestycyjne utraciły, od początku 2008, 20% wartości (2,4 tysiące miliardów). Największy stan, Kalifornia, ma ponad 11 miliardów dziury budżetowej, i rząd stanowy zacznie od marca płacić za usługi rewersami (nie mającymi pokrycia, poza luźną obietnicą, że może kiedyś zostaną zapłacone). Minnesota jest o 5 miliardów to tyłu; Nowy Jork podobnie. W sumie, budżety stanowe mają deficyt blisko 80 miliardów – a stany nie mogą trwać w deficycie, tak jak to robi rząd federalny, od 30 lat. Konstytucje większości stanów nakazują zrównoważenie budżetu w ciągu najdalej paru lat; można ten przymus odsunąć na jakiś czas sztuczkami księgowymi, różowymi prognozami, itp. - ale w końcu przychodzi czas obrachunku. Dla rządu federalnego, ten moment też kiedyś przyjdzie – może już w nadchodzącym roku. Stany Zjednoczone wciąż mają, zupełnie niezasłużenie, najwyższy możliwy rating kredytowy. Nie będą mogły go utrzymać w nieskończoność, nie dokonując poważnej reformy finansów – ale to będzie zapewne niemożliwe, dopóki nie nastąpi załamanie. Od czasu Reagana, podatki stały się brzydkim słowem, którego nie wypada używać publicznie, o ile nie towarzyszą mu określenia „obniżki”, „cięcia”, i temu podobne. Od roku 1980 rząd amerykański systematycznie wydaje więcej, niż otrzymuje. Skutki tego stanu rzeczy stają się coraz bardziej oczywiste. Oficjalny dług to 10,5 tryliona dolarów (czyli ponad dziesięć tysięcy miliardów, ponad 70% rocznego produktu narodowego), nie licząc nadchodzących zobowiązań emerytalnych – a rząd wciąż pakuje pieniądze w Wall Street. Na przykład 800 miliardów rządowego kredytu i gwarancji poszło do firm hipotecznych i banków; nie wiadomo dokładnie ile i dla kogo, bo rząd jest tajemniczy. Bloomberg, firma dostarczająca informacji giełdowych, pozwała w zeszłym miesiącu Departament Skarbu do sądu federalnego, z żądaniem ujawnienia wszystkich wydatków z ostatnich kilku miesięcy, które na razie nie są oficjalnie zaksięgowane… Ale kiedyś będą musiały być – chyba, że rząd będzie po prostu drukował pieniądze wedle potrzeby, tak jak proponuje szef Rezerwy Federalnej, Ben „helikopter” Bernanke. To są jego własne słowa, sprzed paru lat:

“Suppose that, despite all precautions, deflation were to take hold in the US-economy and moreover, that the Fed’s policy instrument, the federal funds rate, were to fall to zero. What then? Well, the US government has a technology, called a printing press, or today, its electronic equivalent, that allows it to produce as many US-dollars as it wishes at essentially no cost.”

“przypuśćmy, że pomimo wszelkich przeciwdziałań, deflacja miałaby stać się faktem w amerykańskiej gospodarce, a narzędzie federalnej polityki pieniężnej, stopa procentowa funduszu Fed[eralnej Rezerwy] spadłaby do zera. Co wtedy? Cóż, rząd USA ma technologię, zwaną prasą drukarską, czy też jej elektroniczny ekwiwalent, która pozwoli mu wyprodukować tyle dolarów, ile zapragnie, w zasadzie bez specjalnych kosztów”.

    I ten nieprzytomny człowiek stoi na czele Federalnej Rezerwy. I to jest sposób myślenia rządzącej ekipy. Pogrążają oni więc społeczeństwo amerykańskie w bagnie niespłacalnego zadłużenia – a protestujący przeciwko temu ekonomiści rzadko są dopuszczani do mikrofonów. A nawet jak są, to albo jest bardzo mało czasu, albo pojawiają się trudności techniczne… Dzisiaj oglądałem nagranie z rozmowy pomiędzy dziennikarką CNN a niezależnym ekonomistą Peterem Shiffem (http://www.goldstockbull.com/peter-schiff-gets-cut-off/), z którym rozmowa się urwała, kiedy zaczął mówić o tym, że polityka rządu to jest droga donikąd. Wolność prasy, oczywiście, istnieje; głównie dla tych, którzy nie robią z niej przesadnego użytku.

    Deficyty budżetowe miast są jeszcze większe niż stanowe; cytowana jest suma 100 miliardów. Cięcia wydatków są w toku: straż pożarna, biblioteki publiczne, usuwanie śniegu… A w tym samym czasie, obecność armii amerykańskiej w Iraku i Afganistanie kosztuje 5 miliardów na tydzień. Ale do tej pory masowe media milczą na ten temat. Być może zacznie się to zmieniać, kiedy ludzie poczują na własnej skórze skutki tych imperialnych szaleństw; kiedy ulice będą zawalone śniegiem, którego nie ma za co uprzątnąć; bezrobotnym skończy się termin otrzymywania zasiłków; będzie coraz większy niedobór talonów żywnościowych. Może Kongresowi zesztywnieje kręgosłup, i zamiast bić pokłony przed rządem, zacznie się domagać konkretów? Pewne oznaki tego są już widoczne. Z 700 miliardów, które miały pójść na wykonanie planu Paulsona, wydano 350 – a w kongresie podnoszą się głosy, że następnych 350 nie będzie, dopóki rząd nie wykaże, na co poszły dotychczas wydane pieniądze, i że miały jakieś pozytywne skutki… Czego rząd, oczywiście, nie będzie mógł wykazać, ponieważ te miliardy zostały utopione w bezdennej dziurze finansowych obligacji kompanii giełdowych. A od ostatniego styczniagrudnia, przybyło (oficjalnie) ponad pół 2 miliony przybyło 2 miliony bezrobotnych (w listopadzie - pół miliona) – i zapowiadane są kolejne masowe zwolnienia.

    Od kilku tygodni toczy się w mediach zażarta dyskusja na temat upadających kompanii samochodowych – General Motors, Ford, oraz Chrysler, czyli tak zwana Wielka Trójka. Bez zastrzyku parunastu miliardów, kompanie będą musiały zawiesić działalność w ciągu najbliższych 1-2 miesięcy. Czy należy je „ratować”? Dyskusja jest prowadzona w dość absurdalny sposób. Wypowiedzi odwołują się do emocji; podkreślają historyczną rolę samochodu w Ameryce; przywołują widmo milionów ludzi tracących pracę z dnia na dzień. Prawda jest taka, że nie ma najmniejszego sensu pakowanie pieniędzy w upadające przedsiębiorstwa, jeżeli nie mają temu towarzyszyć działania naprawcze – bo za parę miesięcy sytuacja się powtórzy. Tyle tylko, że w międzyczasie miliardy dolarów zostaną zmarnowane. Histeryczne argumenty robią z nadchodzącego bankructwa Wielkiej Trójki narodową katastrofę, o nieodwracalnych i zgubnych skutkach. Ale bankructwo nieopłacalnego przedsiębiorstwa jest normalnym, a nawet pożądanym zjawiskiem, o niebo lepszym niż ustawiczne ponoszenie strat. Jest to operacja, pozwalająca na dokonanie restrukturyzacji, uwolnienia od długów, i rozpoczęcie działalności na nowych zasadach. Oczywiście, tracą na tym akcjonariusze, którzy dostają 10 centów za dolara akcji – ale takie jest życie. Te trzy firmy były źle zarządzane już od długiego czasu; nie były w stanie wyprodukować paliwo-oszczędnych samochodów; przespały okazję do wprowadzenia samochodów elektrycznych bądź hybrydowych; od dziesiątków lat sprzeciwiały się wprowadzeniu norm zużycia paliwa. Akcjonariusze mieli dość czasu, aby sprzedać akcje, lub domagać się zmian. Jeśli nie chcieli tego zrobić, to muszą teraz ponieść konsekwencje. Podobno USA mają kapitalistyczną gospodarkę… Nota bene, obecny zastój przemysłu samochodowego jest w ostrym kontraście z przeszłością, którą jeszcze niektórzy pamiętają. Kiedy USA przystąpiły do wojny, po japońskim ataku na Pearl Harbor, producenci samochodów w ciągu dwóch-trzech miesięcy przestawili się na produkcję zbrojeniową. Zaczęli wytwarzać sprzęt wojskowy – czołgi, działa, części samolotów. Ale wtedy były to konkurencyjne firmy, zarządzane przez ludzi potrafiących myśleć i zarządzać. Dlaczego GM potrzebuje kilku lat, aby zacząć produkować hybryda? Cóż, amerykańskim przemysłem, niestety, zarządzają nie inżynierowie, tylko finansiści – którzy, jak widać, na pieniądzach też się znają nie do końca.

    Zaplanowane bankructwo byłoby najlepszym sposobem wyjścia z opresji; przy wykorzystaniu rządowych gwarancji, produkcja mogłaby zostać wznowiona – na nowych, realistycznych zasadach – w ciągu paru miesięcy. Może należałoby podzielić kompanie na osobne przedsiębiorstwa, o różnorodnym profilu, produkujące podzespoły nie tylko do samochodów. Na przykład, nikt w USA nie robi elektro-wiatraków średniej wielkości; produkowane są nieduże turbiny – oraz ogromne, przez Duńczyków i inne zagraniczne firmy. Transport publiczny w Ameryce jest rachityczny, z nielicznymi wyjątkami; pilnie potrzebne jest stworzenie taboru dla pasażerskiej sieci kolejowej z prawdziwego zdarzenia. Jest ogromne pole do popisu. W obecnych czasach, producenci nie mogą oczekiwać, że będą mogli się utrzymać, wytwarzając jeden produkt, bez innowacji, nie reagując na zapotrzebowanie rynku. Sprawa kompanii samochodowych się rozstrzygnie niebawem, zapewne jeszcze przed objęciem stanowiska przez Obamę. Swoją drogą, szykuje się dla niego niezły bigos. Będzie musiał składać przysięgę prezydencką, trzymając bardzo dużą łyżkę, i natychmiast biec do kuchni. Może zdąży zamieszać, zanim potrawa się przypali.

Witold Ferens
Moscow, Idaho
5 grudnia 2008

Share/Save/Bookmark