Pełzające zmiany ustrojowe w Stanach Zjednoczonych

August 6th, 2008

To, co się dzieje z amerykańskimi rynkami finansowymi, ma obecnie więcej wspólnego z hipnozą, masową deluzją, i przemianami świadomości, niż z pieniędzmi jako takimi. Kongres jest zahipnotyzowany – wpatruje się w tę odbywającą się w zwolnionym tempie katastrofę, nie robiąc praktycznie nic, oprócz przesłuchań z których niewiele wynika; przedstawiciele rządu głoszą banialuki i dyrdymały, dając kolejne dowody zupełnego zdezorientowania; a inwestorzy giełdowi zaczynają pokazywać Nową Postawę. Kiedyś o wartości inwestycji decydował dochód, jaki przynosiła, bądź stwarzała szanse przyniesienia; w tej chwili największą wartością na rynku giełdowym jest SZCZEROŚĆ. Wielu komentatorów jeszcze tego nie dostrzegło, więc zupełną zagadką są dla nich najnowsze ruchy cen akcji banków, które poniosły straty lub zapowiedziały ich poniesienie – co spowodowało WZROST kursów. Zdumiewające. Wachovia, jeden z większych banków amerykańskich, ogłosił 22 lipca straty z ostatniego kwartału w wysokości 8,9 miliardów USD – po czym jego akcje wzrosły o 27% w ciągu jednego dnia. Inny dość spory bank, Washington Mutual, ogłosił stratę 3,3 miliarda, oraz zapowiedział następne, przewidując nadchodzące bankructwa dłużników hipotecznych – i został nagrodzony wzrostem cen akcji o 6,2%. Inwestorzy najwidoczniej lubią słyszeć prawdę, nawet bolesną. Jeżeli taka przemiana świadomości ma miejsce, to byłby to jeden z niewielu pozytywów tej całej finansowej tragifarsy. Jest to zresztą dość racjonalna postawa, ponieważ stwierdzenie stanu faktycznego jest niezbędne do wykonania jakichkolwiek działań naprawczych, więc bank otwarcie mówiący o swojej sytuacji stwarza przynajmniej nadzieję podjęcia sensownych działań w przyszłości – co może pozwolić odzyskać choć trochę pieniędzy włożonych w akcje…

Rozmijanie się z prawdą to odwieczna tradycja amerykańskich rządów, ale dokonania administracji Busha Młodszego w tej dziedzinie biją na głowę osiągnięcia ich wszystkich poprzedników razem. Wojna w Iraku; stan finansów państwa; ubezpieczenia społeczne; mająca miejsce zmiana klimatu; zatrucie środowiska; sytuacja gospodarcza; walka z terroryzmem – w tych i wielu innych sprawach, stanowisko rządu to mieszanina nieprawdy, urojeń, oraz wybiórczej postawy wobec rzeczywistości, z rzadka przeplatanych okruchami informacji mającej związek z realiami. I zaczyna to przynosić skutki, choć zapewne nie takie, jakich oczekują rządowi propagandyści.

Niecały miesiąc temu (11 lipca) upadł średnich rozmiarów bank kalifornijski (Indybank). Samo w sobie nie jest to specjalnie niezwykłe – bankom zdarzają się upadki, zwłaszcza kiedy wśród klientów rozejdą się pogłoski o nadchodzącym upadku. Żaden bank nie wytrzyma naporu, jeżeli choćby kilka procent posiadaczy kont zechce wycofać wkłady, a w chwili paniki jest to znacznie większa część niż kilka procent… Niezwykłe było natomiast to, że policja – w pełnym uzbrojeniu - musiała interweniować w większości oddziałów banku, utrzymując porządek w tłumach ludzi wycofujących pieniądze. Ich wkłady były ubezpieczone przez federalną instytucję ubezpieczeń wkładów (FDIC), do wysokości 100 tysięcy dolarów. Ten fakt był wielokrotnie przytaczany przez dostojników państwowych, ale nie zmniejszyło to kolejek, a może i wręcz przeciwnie. Rząd amerykański powoli zaczyna więc odkrywać, że skutkiem kłamliwości jest utrata wiarygodności. Lepiej późno niż wcale… I nie idzie o to, że ludzie nie wierzą w zapewnienia rządu; jest już o wiele gorzej. Ludzie nie zwracają uwagi na zapewnienia rządu. A to jest bardzo niedobra sytucja, niezależnie od rodzaju reżimu. Pod względem skuteczności, lepiej jest być nawet znienawidzonym rządem, niż lekceważonym.

W USA zachodzą więc istotne zmiany ustrojowe – dokonywane nie tyle potajemnie, ile nieoficjalnie i być może nieświadomie. Rząd proponuje de facto upaństwowienie dwóch największych amerykańskich organizacji finansowych, pośredniczących w udzielaniu pożyczek hipotecznych, popularnie znanych jako "Freddie Mac" i "Fannie May" (od akronimów nazw, np. Federal National Mortgage Association). Stworzone w latach 30-tych, miały zwiększyć płynność na rynku hipotecznym, wykupując od banków hipoteczne długi – co umożliwiało bankom udzielanie nowych pożyczek. Operacje F&F były regulowane przez państwo (dzięki czemu te instytucje są w nienajgorszym stanie finansowym, bez porównania lepszym niż cała reszta) i dysponowały "milczącymi" gwarancjami federalnej pomocy w razie potrzeby. Mając status przedsiębiorstw "sponsorowanych", rozwinęły się w ciągu 50 lat w finansowe giganty; obecnie zawiadują długami opiewającymi na więcej niż PIĘĆ TYSIĘCY miliardów dolarów, co stanowi 40% dochodu narodowego brutto. W ostatnich kilku latach, operacje firm wyszły znacznie poza granice wytyczone przez regulatorów; Fannie i Freddie dokonywały ryzykownych tranzakcji (choć wciąż w rozmiarach niedużych w porównaniu z finansowym bagnem wtórnych "instrumentów kredytowych", w którym teraz grzęźnie prywatny rynek monetarny) i F&F stoją w obliczu możliwych strat, mogących doprowadzić do utraty płynności finansowej. Ich upadek byłby społecznym odpowiednikiem trzęsienia ziemi, o sile szóstego stopnia w skali Richtera, na całym obszarze kraju. Rząd zamierza więc udzielić tym instytucjom gwarancji finansowej – w całkowitej niezgodzie z konstytucją, według której Kongres ma wyłączny monopol na wydatkowanie społecznych pieniędzy, nie mogący być przedmiotem delegacji… Kongres może przeznaczać jedynie konkretne sumy na konkretne cele – natomiast panowie Paulson (sekretarz skarbu) oraz Bernanke (szef Rezerwy Federalnej) pragną dysponować otwartym kredytem rządowym, by móc dokonywać interwencji według swojego uznania. To już nawet nie jest socjalizm, tylko monarchiczna władza, pobierająca od ludności podatki i rozporządzająca nimi według swego uznania. Nawiasem mówiąc, szefowie Freddiego i Fannie otrzymali niedawno gigantyczne wynagrodzenia (za Robert Borosage, Huffington Post, 15-07-2008). Za rok 2007, pierwszy dostał wypłatę ponad 18 milionów, drugi ponad 13. Obie instytucje poniosły zaś straty – ponad 2 tysiące miliardów, oraz doznały sporego spadku cen akcji. Wolny rynek – dla niektórych.

Dla zobrazowania sytuacji pragnąłbym przedstawić opinię specjalisty – jednego z tych, którzy od wielu lat usiłowali dotrzeć do opinii publicznej z trzeźwą (i niekiedy proroczą) krytyką polityki rządu. William Greider, publicysta lewicowego pisma The Nation , autor książki "One World, Ready or Not. ", napisał w roku 2005 co następuje (oryginalny text na stronie pt. Źródła).

[…] Podobnie jak przywódcy radzieccy, establiszment amerykański jest urzeczony utopijnymi przekonaniami – do których należy ortodoksja wolnego, globalnego handlu. Stany Zjednoczone będą mieć w roku 2005 kolejny rekordowy deficyt wymiany handlowej, możliwe że o 25% większy niż w poprzednim roku. Nasza sytuacja zadłużenia zagranicznego – produkt wieloletniej akumulacji coraz większych deficytów handlowych – znajduje się w coraz większym zagrożeniu, z powodu raptownie narastającego procentu składanego, który szczególnie wzrósł w ciągu ostatnich pięciu lat [G.W. Bush objął rządy w roku 2001 – WF]. Nasze zagraniczne zadłużenie obecnie wynosi 25% produktu narodowego brutto, i osiągnie 50% w ciągu czterech czy pięciu lat, jeśli nic się nie zmieni.

Przez lata, elity zbywały narastające zagraniczne zadłużenie jako trywialny problem. Obecnie, kiedy nie da się już go obojętnie pominąć, przyznają iż jest nie do utrzymania (unsustainable ). Jest to eufemistyczne określenie, które oznacza: dalej tak się nie da, a przynajmniej nie bez bardzo niemiłych konsekwencji dla amerykańskiego poziomu życia. Ale po co niepokoić społeczeństwo? Władze przecież zapewniają, że podejmą właściwe działania, kiedy będzie to potrzebne.

Reporterzy i redaktorzy idą za przykładem swoich "wpływowych" źródeł i uczonych ekspertów od byznesu, finansów, i rządu. Gdyby media przedstawiły tę sytuację jako utratę decydującej pozycji w globalnym systemie przez jedyne supermocarstwo, popadające w uzależnienie od strategicznych rywali takich jak Chiny, ludzie zwróciliby na to uwagę. Ale rządzące elity uznałyby taką przejrzystość za podburzanie opinii. Tak więc niebywały problem amerykańskiego handlu jest przedstawiany inaczej – jako ezoteryczna i wysoce techniczna dyskusja o wartości walut, dolara wobec chuana. Ten sztuczny kontekst gwarantuje, że obywatele będą zdezorientowani i zagubieni.

Możliwość, że Stany Zjednoczone nie są w stanie dłużej funkcjonować w globalnym handlu, przynajmniej według dotychczasowych zasad, nie jest czymś co czynniki opiniotwórcze miałyby chęć otwarcie dyskutować. Kilka odważnych osób starało się przedstawić sprawę jasno, nawołując do znaczących zmian w polityce, potrzebnych do zatrzymania gospodarczego wykrwawiania się. W opinii Warrena Buffeta, legendarnego finansisty, Stany Zjednoczone są nad drodze do utworzenia nie "społeczeństwa posiadaczy", tylko "społeczeństwa parobków rolnych". Ale jego analiza jest lekceważąco odrzucana, wraz z innymi podobnymi do niej.

Prawdziwa debata mogłaby zacząć się od paru heretycznych pytań: Dlaczego Stany Zjednoczone są jedną z niewielu zaawansowanych gospodarek, cierpiących na bezustanny deficyt handlowy? Dlaczego porozumienia handlowe, wbrew oficjalnym prognozom, zawsze pogłębiają amerykańską dziurę finanasową, wyprowadzając miejsca pracy poza granice kraju? Jak można wytłumaczyć 30-to letni okres stagnacji zarobków, będący amerykańską osobliwością? Czy mamy wierzyć, że wszyscy są od nas bardziej konkurencyjni, czy też po kryjomu łamią reguły? Przez ostatnie trzy dekady, amerykańscy decydenci byli w stanie zmniejszyć deficyt wymiany handlowej jedynie podczas recesji… […]

W roku 2008 te słowa są znacznie bardziej aktualne, niż trzy lata temu.

Witold Ferens

Geneza amerykańskiego kryzysu (część 3)

July 6th, 2008

Dzisiejsza wypowiedź dotyczy głównie jednego z aspektów gospodarczego upadku USA, a mianowicie deregulacji i jej następstw. Jest to jeden z wielu czynników, zresztą mniej lub bardziej splecionych i współzależnych; oprócz gigantycznego zadłużenia, stały deficyt handlowy i budżetowy, upadek dolara, wzrost cen ropy, pieniądze zmarnowane na zbrojenia i wojny, i tak dalej. O niektórych z tych rzeczy już trochę napisałem; deregulacja jest swoiście ciekawym wątkiem, z uwagi na fascynację wielu polskich publicystów "wolnym rynkiem", który jakoby ma istnieć w Ameryce, jakoby też przynosząc wszelkiego rodzaju korzyści. Pracuję obecnie nad książką "Pięć polskich mitów o Ameryce", w której mam zamiar opisać tę wolnorynkową rzeczywistość, więc nie będę się tu rozwodzić nad tym zagadnieniem. Wspomnę jedynie o paradoksie, który – jak sądzę – jest powszechnie niezauważany i nierozumiany: aby rynek mógł być wolny, musi być bardzo starannie regulowany. Inaczej upodabnia się do meczu piłki nożnej bez sędziego, zamieniając się – w najlepszym razie – w nużący i bolesny chaos.

Nie jest łatwo pisać o genezie obecnej sytuacji amerykańskiej oraz światowej gospodarki. Mnogość i skomplikowanie czynników są obezwładniające nawet dla znawców, a co dopiero dla amatorów. Jeśli mam w tej dziedzinie modicum rozeznania, to głównie dzięki niezależnym analitykom i publicystom blogosfery, oraz za sprawą zainteresowania tematem, powziętym jeszcze w połowie lat 80-tych. Miałem także sposobność przyglądania się z bliska amerykańskiej scenie przez dwie dziesiątki lat, jak też zaznałem na własnej skórze skutków rozmaitych posunięć kolejnych administracji – a mało co jest bardziej przydatne dla wykształcenia, jak własne doświadczenie. Słyszałem obietnice Reagana, i widziałem na własne oczy, co z nich wynikło; oglądałem kryzys instytucji oszczędnościowych (Savings & Loans) w drugiej połowie tej dekady, i słyszałem zapewnienia polityków, że nie dopuszczą to powtórzenia takiej afery; byłem świadkiem tego, jak administracja Clintona weszła na drogę odrestaurowania finansów Ameryki – i mogłem widzieć, jak dokonał się zwrot w kierunku przepaści, wykonany przez jego następcę. I do dzisiaj nie jestem w stanie do końca pojąć, jak to jest możliwe, żeby ludzie rządzący mocarstwem nie byli w stanie zrozumieć skutków systematycznie rosnącego zadłużenia, deficytu budżetowego, deficytu wymiany handlowej i obrotów bieżących. Słynne było powiedzenie Cheney’ego o deficycie – że jakoby Reagan pokazał, iż deficyt nie jest problemem. Reagan był, oczywiście, popularnym prezydentem pomimo deficytu (a może nawet dzięki niemu, gdyż pozwalał on na łatwe życie, bez wyrzeczeń) – i deficyt przestał być problemem POLITYCZNYM. Ale przecież nie przestał być problemem MERYTORYCZNYM! Przecież procenty od zadłużenia trzeba było płacić, nawet gdy dla mediów i Kongresu dług przestał być (???) istotnym zagadnieniem – i to płacić przez zaciąganie coraz większego długu! Nie trzeba mieć wyższych studiów ekonomicznych, aby rozumieć, że taka sytuacja jest nie do utrzymania – ale ci, co pisali i wołali o nadchodzącym czasie rozrachunku, byli lekceważeni przez oficjalne media i polityków. To, co jest najbardziej zdumiewające w całym obecnym kryzysie (który jest dopiero w bardzo początkowej fazie; nie należy mieć złudzeń) to głupota i bezmyślność ludzi, którzy powinni wiedzieć lepiej; ba, którzy brali BARDZO wysokie pensje za nadzór i kontrolę, sprawując te funkcje w zupełnie fikcyjny sposób.

W sierpniu 2003 ukazał się felieton regularnie piszącego w New York Times (NYT) Paula Krugmana, profesora ekonomii na MIT, pod proroczym tytułem "The road to ruin " (Droga do ruiny). Tekst co prawda nie zawierał przepowiedni, tylko dotyczył sytuacji na rynku energii elektrycznej, tuż po szaleństwach kompanii Enron i kolegów, którzy zmasakrowali kalifornijski rynek energetyczny, ale tytuł jest znakomitym określeniem na to, co już wtedy było oczywiste dla każdego, kto zadał sobie trud zweryfikowania oficjalnej wizji gospodarki i finansów USA. Droga do ruiny zaczęła się wcześniej, a najgorsze miało dopiero nadejść, ale samodestrukcja Ameryki nabrała już, jak pokazał czas, niepohamowanego rozpędu. W roku 2003, po paru latach cięć podatkowych, dokonanych przez administrację Busha Młodszego, powróciły na dobre czasy gigantycznych deficytów budżetowych i gwałtownie narastającego długu państwowego, a zmiany uprzednio dokonane w strukturze finansów i sferze gospodarczej zaczęły przynosić coraz bardziej obfite żniwo.

Powracając do felietonu Krugmana – jest w nim określenie, dobrze obrazujące przemiany zaszłe od 1980 roku – faith-based deregulation (deregulacja oparta na wierze). Magiczna wiara w możliwości "wolnego rynku" stała się dla sterników nawy państwowej USA dogmatem, przerastającym swoją sztywnością największe dogmaty gospodarki komunistycznej. Wiara w dobroczynne skutki deregulacji stała się silniejsza od wszystkiego innego, także od faktów, które jej zaprzeczały… Po części zapewne dlatego, że rządy objęli filozofowie (czy też ludzie którzy się za takich uważali) – a niewiele jest groźniejszych rzeczy dla ludzkości, niż rządy filozofów. Amerykańscy "neokonserwatyści", popularnie zwani "neokonami" dołączyli do długiego szeregu ludzi rządzących w oparciu o niewzruszone przekonania i nieugięte teoretyczne koncepty. Rządy filozofów są dlatego tak groźne, że nie mają oni zwykle większego pojęcia o tym, jak naprawdę świat działa, i ile warte są najbardziej wyrafinowane umysłowe tezy w konfrontacji z życiem; są tym bardziej groźne, im więcej władzy mają rządzący dogmatycy, i im bardziej są przywiązani do swoich tez. Może "filozofowie" to nie jest najlepszy termin, nie mówiąc o tym, że krzywdzący dla prawdziwych filozofów. Chodzi o ludzi, dla których teoretyczne formuły są ważniejsze od społecznych skutków ich działań; dla których niepowodzenie nie jest oznaką wadliwości konceptów, tylko braku konsekwencji we wprowadzaniu ich w życie. Lenin, Stalin, Mussolini, Mao, Pol-Pot, Pinochet – wszyscy ci ludzie mieli jasną wizję, co należy zrobić – oraz możliwości wcielania swych konceptów w sposób bezwzględny i nieliczący się z kosztami. Wszyscy doprowadzili swoje społeczeństwa do ruiny, której towarzyszył – w rozmaitej skali - krwawy terror i nieludzkie normy postępowania. Oczywiście, neokonom bardzo daleko do faszystowskich dyktatorów i absolutnej władzy, przynajmniej pod względem dokonań; co do ich ambicji, to nie byłbym pewien… Swoje społeczeństwo, jak dotąd, zdołali jedynie zrujnować; oficjalny dług Ameryki to około 10 trylionów dolarów (ponad 20 tysięcy na głowę, włączając starców i niemowlaków; dochód narodowy na głowę, to niewiele ponad 30 tysięcy); nieoficjalny – kilka razy więcej. Ale to względne umiarkowanie neokonów w dziedzinie polityki wewnętrznej robi niewielką różnicę milionowi nieżywych Irakijczyków, i paru milionom uchodźców z tego nieszczęsnego kraju, który ma w zasięgu swych granic niebezpiecznie duże dla zdrowia ilości ropy naftowej…

Felieton Krugmana opisuje więc społeczne skutki deregulacji rynku energii elektrycznej. Była ona kiedyś uważana za "monopol naturalny"; pojęcie używane dla opisu sytuacji, gdy konkurencja pomiędzy dostawcami jakiegoś dobra jest zupełnie niepraktyczna. Nie ma najmniejszego sensu budowanie równoległych sieci kolejowych, rur gazowych, przewodów telefonicznych, ani przewodów sieci elektrycznej. Zamiast angażować się w nieprzytomne marnotrawstwo, przedsiębiorstwa uzyskują lokalny monopol na dostarczanie usługi – a w zamian za to są ściśle regulowane. Nie mogą więc wykorzystać swej uprzywilejowanej sytuacji, aby zedrzeć z odbiorców skórę. Tak też kiedyś wyglądała w Ameryce sytuacja z dostawą prądu; kompanie były odpowiedzialne za wytwarzanie i dostawę elektryczności, utrzymanie linii przesyłowych, regularną i przewidywalną dystrybucję. Przyszła deregulacja; kompanie zostały podzielone na wytwórców i dystrybutorów (ci ostatni, co prawda, dalej utrzymali lokalny monopol i byli nadal poddani regulacji, ale znacznie słabszej). Pojawiła się na rynku zupełnie nowa kategoria kompanii, takich jak Enron, które ani nie wytwarzały, ani nie dostarczały prądu, tylko pośredniczyły w zakupach. I pojawiły się możliwości manipulowania rynkiem… Kompanie były w stanie sztucznie wytworzyć stan niedoboru prądu i wykorzystać tę sytuację do uzyskania bardzo lukratywnych zysków. Efektem takich działań było zupełne rozprzęgnięcie i krach systemu energetycznego w Kaliforni – bez najmniejszego zewnętrznego powodu. Propagandyści oficjalnej wersji wydarzeń usiłowali zresztą przypisać tę aferę nadmiernie surowym przepisom ochrony środowiska – nie zaś temu, że gra toczyła się bez sędziego…

Dodatkowym efektem deregulacji było niedoinwestowanie sieci elektrycznej. Odpowiedzialność za jej utrzymanie, nie mówiąc o rozbudowie i unowocześnieniu, stała się rozmyta; kompanie, administracja lokalna, politycy zaczęli przerzucać między sobą piłkę; nie było jasne, kto miałby za co zapłacić, kto cieszyć się zyskiem, jak miałyby być zakumulowane koszty. Krugman cytuje wypowiedź innego profesora z MIT, zeznającego przed komisją federalną do spraw energetyki: ">Proceeding on the assumption that, at the present time, `the market’ will provide needed network transmission enhancements is the road to ruin." (oczekiwanie, że w obecnej chwili ‘rynek’ dostarczy potrzebnego umocnienia sieci przesyłowej, to droga do ruiny). I co? I nic. USA doświadczają nadal regularnych zapaści energetycznych; system trzyma się na słowo honoru; politycy obradują na temat reform; rzeczywistość pozostaje niezmienna.

Deregulacja rynku energii elektrycznej to tylko drobny przykład tego, co stało się w Ameryce w ciągu ostatnich dwudziestu kilku lat, doprowadzając niegdyś nieźle funkcjonujące dziedziny gospodarki do chaosu, zaniedbania, niekiedy do ruiny. Na prawo i lewo deregulowano usługi, transport, bankowość, finanse, media, zmniejszając nadzór, minimalne wymogi, sprawozdawczość, kontrolę. Skutki były w większości podobne, niezależnie od dziedziny; jednym z lepszych przykładów są amerykańskie linie lotnicze, znajdujące się obecnie, z nielicznymi wyjątkami, w jednej z trzech sytuacji: po bankructwie, przed bankructwem, lub w trakcie postępowania ugodowego. Niszcząca konkurencja; swoboda działania dla drapieżnego kapitału; wrogie przejęcia, fuzje, konsolidacje. W miejsce wielu lokalnych przedsiębiorstw powstawały mega-korporacje – często wprowadzające monopolistyczne praktyki! Lokalne banki, gazety, stacje telewizyjne i radiowe, drobni przemysłowcy i dystrybutorzy byli masowo przejmowani przez giganty w rodzaju Citibank czy Wal-Mart. Kompanie uzyskały możliwośc nieograniczonego rozwoju horyzontalnego i pionowego – na przykład General Electric ma przedsiębiorstwa zajmujące się bankowością, inwestowaniem, opieką medyczną; ma stacje telewizyjne, gazety… Czy w tych gazetach będzie można znaleźć niezależną krytykę korporacyjnej gigantomanii? Raczej wątpliwe. Za sprawą konsolidacji, w amerykańskich mediach prawie zupełnie zanikła krytyczna opinia; jak za panią matką, media powtarzają oficjalną wizję rzeczywistości i prorządową wersję wydarzeń – a społeczeństwo nie jest poinformowane o tym, jak naprawdę się mają sprawy. Chyba, że skrzecząca rzeczywistość przebije się przez barierę optymistycznego szumu informacyjnego, w którym podbrzusze Britney Spears jest ważniejsze od tego, że Kongres zaaprobował kolejne sto kilkadziesiąt miliardów dolarów na wojny w Iraku i Afganistanie.

Deregulacja finansów i bankowości miała szczególnie dotkliwe i rozległe następstwa, ponieważ funkcjonowanie całej pozostałej części gospodarki jest zależne od kondycji instytucji finansowych. A ta stawała się coraz bardziej niepewna i niejasna; przy braku dozoru i wymogów sprawozdawczości, nie było nawet wiadome, gdzie są problemy i jak są duże! Dobrym przykładem jest artykuł Pam Martens, niezależnej publicystki piszącej o finansach, o tym jak Wall Street (nieformalna nazwa nowojorskiej giełdy) wysadziła się w powietrze (How Wall Street Blew Itself Up, CounterPunch, 21-1-08). Opisuje ona wyniki przesłuchań w Kongresie i na innych forach, usiłujące dotrzeć do podłoża gigantycznych strat poniesionych przez kompanie inwestycyjne – strat, już teraz przerastających swym zasięgiem dramatyczne wydarzenia z okresu Wielkiej Depresji. Jedną z najbardziej dotkniętych firm była Citigroup, ogromny konglomerat banków i kompanii inwestycyjnych. Firma intensywnie handlowała tzw. collateral debt obligations (CDO), czyli papierami inwestycyjnymi opartymi o czyjeś zadłużenie, np. hipoteczne – i był to zupełnie nieregulowany handel, "przez ladę" (over the counter ). Brały w nim udział spore i znane instytucje (ABN AMRO, Bank of America, Citigroup, Credit Suisse, Deutsche Bank, Dresdner Kleinwort Wasserstein, Goldman Sachs, JPMorgan, Lehman Brothers, Merrill Lynch, Morgan Stanley, TD Securities, UBS). Kontrola dokonana w Citigroup dość przypadkowo natrafiła na zdumiewający fakt narastających, zaległych transakcji, które widniały w rachunkach, ale nie zostały jeszcze dokonane. We wrześniu 2005 było ich ponad 150 tysięcy (ponad 1/3 zalegała dłużej niż 3 miesiące). Wymienione powyżej partnerskie firmy stworzyły osobną kompanię na Wall Street, która zajmowała się obrotami CDO; ale szczegóły były trzymane w ukryciu, natomiast do kontroli przedstawiano jedynie zbiorcze wykazy, odległe od stanu rzeczywistego. A ta sytuacja była w ogóle możliwa "dzięki" zmianom prawnym, dokonanym pomiędzy 1980 a 1994 (Depository Institution Deregulation and Monetary Control Act of 1980; the Depository Institution Act of 1982; the Interstate Banking and Branching Efficiency Act of 1994). Najbardziej zatrważająca była zupełna beztroska, z jaką Wall Street traktowała gigantyczne masy pieniądza będącego w tym nieformalnym obrocie. W roku 2001 rynek CDO to było około tryliona dolarów (czyli tysiąca miliardów); w 2006 – 34 tryliony! Dla porównania – roczny produkt narodowy USA to było wtedy 12 trylionów…

Opóźnienia i zaległości były, prawdę mówiąc, nieuniknione, gdyż ten ogromny obrót był w dużej części dokonywany – ręcznie… Nikomu nie przyszło na myśl, aby stworzyć elektroniczny system obiegu CDO. Ale taki system wymagałby przejrzystości, a to było najwidoczniej nie w smak tytanom giełdy – czemu zresztą trudno się dziwić. Można się natomiast zadziwić nad nieśmiałością osób odpowiedzialnych za nadzór. Ale mająca nadejść katastrofa była w przygotowaniu przez kilka lat, od momentu uchwalenia przez Kongres w roku 2000 Commodity Futures Modernization Act, dającego wolną rękę instytucjom finansowym w handlu "przez ladę" papierami CDO. Martens cytuje przewodniczącą komisji nadzoru która dosłownie błagała komisję Kongresu podczas przesłuchania na temat tej przyszłej ustawy w 1998 roku, o powstrzymanie się od uwolnienia tego rynku spod kontroli. Ale zapewne większe wrażenie zrobił na kongresmenach Alan Greenspan, nawołujący do deregulacji…

Niedawno upadła firma Bear Stearns, przejęta (z gwarancją przez państwo i pieniądze podatników) przez JP Morgan, to wierzchołek góry lodowej. Góry, utworzonej przez niejasne, ukryte tranzakcje, podobne do wyżej opisanych, które tworzą tzw. "toksyczny dług", paraliżujący aktywność finansową amerykańskiej gospodarki. Ten dług dopiero zaczął się ujawniać; dopiero się przetoczy przez fundusze inwestycyjne, emerytalne, i wiele innych. Akcje Citigroup straciły w ciągu ostatnich 12 miesięcy ponad połowę wartości – i jest zupełnie niejasne, czy spadek się na tym zakończy, gdyż po prostu NIE WIADOMO, ile ten konglomerat jest w tej chwili wart. A w podobnej sytuacji są tysiące innych firm inwestycyjnych, małych, średnich, i ogromnych. Nie wiadomo, ile zobowiązań dotyczących rynku CDO, wartego (teoretycznie) 34 tryliony dolarów, zostało zawartych z obecnie niewypłacalnymi firmami; ile z nich doczeka się rzeczywistego obrachunku; ile zostanie zaksięgowanych jako straty. Nie wiadomo, ile firm stanie się niewypłacalnymi w miarę tego, jak kryzys zatacza coraz szersze kręgi. Nie wiadomo, ilu osobom przepadną emerytury. Ale Wall Street wypłaciła sobie na koniec roku ponad 30 miliardów dolarów premii; szefowie kompanii przynoszących straty i zagrożonych upadkiem dostawali dziesiątki milionów dolarów. Wolny rynek w całej swojej krasie.

Deregulację zapoczątkował Reagan, ale wszyscy kolejni prezydenci mieli w niej swój udział – włączając Clintona, skądinąd jednego z bardziej przytomnych (politycznie, nie pod względem osobistym) szefów państwa. Prawdę mówiąc, to za kadencji Clintona (w 1999 roku) została uchwalona jedna z najgorszych i najbardziej katastrofalnych ustaw (Gramm-Leach-Bliley Act) która usunęła resztki ograniczeń działalności firm finansowych, wprowadzonych po Wielkim Krachu. Ustawa z 1933 roku (Glass Steagall Act), narzuciła ostry rozdział kompetencji banków i firm inwestycyjnych i brokerskich. Banki udzielały pożyczek, przyjmowały depozyty, pośredniczyły w operacjach hipotecznych; podlegały regulacji, w zamian otrzymując państwowe gwarancje pokrycia wkładów. Kompanie inwestycyjne zajmowały się obrotem akcji i innych papierów wartościowych, na pełne ryzyko klienta, bez możliwości obrotu długiem hipotecznym. Te regulacje miały zapobiec powtórzeniu się kryzysu z lat 20-tych – i tak też zrobiły, przez 50 lat… Ustawa z 1999 roku zniosła te ograniczenia, w opinii wolnorynkowców szkodliwe i utrudniające, hamujące wzrost gospodarczy. Banki mogły więc kreować papiery wartościowe na podstawie pożyczek hipotecznych, sprzedawać je firmom inwestycyjnym, które z kolei mogły tworzyć wiązanki tych "produktów finansowych" i sprzedawać je funduszom inwestycyjnym i wszelkim innym prywatnym i instytucjonalnym inwestorom – i ta radosna twórczość, rozdęta do nieprzytomnych rozmiarów, doprowadzila do obecnego chaosu. Nie wiadomo, kto, komu, oraz ile jest winien; nie wiadomo, jaka część wkładów ma być gwarantowana; wartość rozmaitych wiązanek była ustalana sztucznie, ponieważ większość z nich nigdy nie była przedmiotem wolnego obrotu. I nie wiadomo, co robić. Pozwolić na upadłość setek (jeśli nie tysięcy) instytucji finansowych? Usiłować jej zapobiec, wkładając coraz więcej funduszy w dziurę bez dna? Wprowadzić znienacka do wolnego obrotu papiery inwestycyjne, warte (teoretycznie) TRYLIONY dolarów? Kto by je miał kupować? Skąd wziąć fundusze na doprowadzenie do końca zaległych tranzakcji? Rynek finansowy Ameryki jest na skraju zupełnego paraliżu – banki nie mają pieniędzy na udzielanie pożyczek; inwestorzy nie mają ochoty kupować papierów wartościowych o zupełnie niewiadomej wartości; firmy zajmujące się ubezpieczaniem obrotów giełdowych nie znają wysokości swoich możliwych zobowiązań. A sternicy amerykańskich finansów wygłaszają banialuki o tym, jak mocne i solidne są podstawy gospodarki, sytuacja jest pod kontrolą, dolar się umacnia… Nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać.

Na tym (na razie) zakończę rys historyczny o źródłach kryzysu. Ponieważ sytuacja może się zacząć raptownie zmieniać, przesunę swoją uwagę na wydarzenia bieżące z dziedziny amerykańskiej gospodarki i finansów. Myślę, że będę w stanie publikować przynajmniej jeden komunikat z placu boju na miesiąc. Życzę swoim Czytelnikom udanych wakacji letnich i wszelkiej pomyślności.

Witold Ferens

Moscow, Idaho, USA

6 lipca 2008.

Geneza obecnego kryzysu gospodarki USA (cz. 2)

April 23rd, 2008

   Aby pieniądz miał wartość, musi spełniać przynajmniej jeden z trzech wymogów: być zrobionym z czegoś cennego; być wymienialnym na coś cennego; mieć zadeklarowaną nominalną wartość zagwarantowaną przez osobę/instytucję darzoną powszechnym zaufaniem – króla, bank, rząd. Najbardziej zawiłym zagadnieniem jest to ostatnie źródło wartości, ponieważ zaufanie to bardzo niewymierne zjawisko, a łaska pańska na pstrym koniu jeździ… Próbowano robić, jeszcze do dwudziestego wieku, pieniądze z cennych kruszców, ale było to mało praktyczne, między innymi dlatego, że ceny kruszców ulegały sporym wahaniom, co powodowało zupełny galimatias i częste rozziewy pomiędzy oficjalną i rzeczywistą wartością pieniądza. Pieniądz papierowy, nie mający specjalnej samoistnej wartości (oprócz tego, że można nim palić w piecu) bywał, w rozmaitych krajach i erach, wymienialny – można było pójść do banku, i wymienić banknot na złoto lub srebro. Pełna wymienialność dolara amerykańskiego została wprowadzona traktatem w Bretton Woods z 1944, stabilizując rynki pieniężne na dwadzieścia parę lat, ale padła ofiarą wojny w Wietnamie. Prezydent Johnson nie chciał wprowadzić wojennego podatku, i finansował masakrę tego nieszczęsnego kraju, drukując pieniądze – a to tworzyło coraz większe problemy z pełną wymienialnością dolara… Stany Zjednoczone bynajmniej nie chciały się pozbywać swoich zapasów złota, i z coraz mniejszym entuzjazmem wymieniały nadrukowane przez siebie dolary na kruszec – co musiały robić na zdecydowanie żądanie; sporo złota uzyskała wtedy np. Francja. Następca Johnsona, prezydent Nixon zaskoczył świat (po raz pierwszy; po raz drugi zrobił to jadąc do Chin) znosząc w sierpniu 1971 – jednostronnie, bez uprzedzenia, bez konsultacji z partnerami handlowymi – wymienialność dolara na złoto. Jedynym gwarantem wartości dolara stała się wiarygodność rządu USA – i na dość długi czas to wystarczało. Inne rządy, trzymające się jeszcze parytetu złota, wkrótce poszły w ślad za Stanami; waluty utraciły zewnętrzny miernik wartości i zaczęły być przeliczane względem siebie. Przez jakiś czas rządy usiłowały kontrolować kursy walut, ale utrzymywanie sztucznie ustalanych kursów stało się zbyt trudne, kiedy zaczęto handlować pieniędzmi tak jak zbożem, miedzią, i wszelkim innym towarem i w miarę rozwoju elektronicznych giełd obrotu można było z łatwością dokonywać transferu coraz większych kwot. Pod koniec lat 70-tych kursy większości walut były płynne, a dolar utwierdził się w roli pieniądza międzynarodowego i waluty rezerwowej. Nie bez powodu; był oparty o ówczesną amerykańską potęgę przemysłową, gospodarczą, ekonomiczną, militarną i nawet jeśli rząd amerykański bywał (z uzasadnionych przyczyn) mało popularny, to stabilność systemu politycznego USA była niepodważalna, w powszechnym mniemaniu; zaufanie do stabilności amerykańskiego systemu było opoką, na której opierała się wartość zielonych. Ale póty dzban wodę nosi, póki się ucho nie urwie. A dolarowe ucho właśnie się urywa, na naszych oczach. Dotychczasowa podstawa wartości dolara – wiarygodność amerykańskich władz i systemu finansowego – raptownie wątleje.

   Od blisko trzydziestu lat, USA mają (z niewielkimi przerwami) deficyt budżetowy (obecnie 400-500 miliardów rocznie) oraz stały deficyt wymiany handlowej, który w latach 90-tych napęczniał do niebywałych rozmiarów (obecnie ponad 700 miliardów rocznie, 5-6% produktu narodowego brutto). Podstawą gospodarki stał się konsumeryzm, finansowany z deficytu – a dolar przemienił się w głowny towar eksportowy Ameryki. Eksporterzy mający nadwyżki w handlu z USA (Japonia, Chiny, Korea, Niemcy, Tajlandia, eksporterzy ropy naftowej; nie wiem czy jest jakieś państwo, oprócz Izraela, które nie ma nadwyżki w handlu ze Stanami) wysyłali rozmaite towary, otrzymując w zamian zielone papierki (albo i nawet nie to; mogły to być jedynie impulsy elektroniczne…). Dla Ameryki był to doskonały interes – wyrób papierowego banknotu dolarowego kosztuje parę centów (koszt utworzenia pieniądza elektronicznego jest w ogóle niemalże pomijalny), a wartość, w zależności od liczby zer po jedynce, może wynosic od jednego dolara do stu tysięcy (w obiegu się nie pojawiają banknoty o tak dużych nominałach, ale są używane w operacjach bankowych). Wydawało się, że dolar nie jest podporządkowany najbardziej podstawowemu prawu ekonomii, czyli zależności ceny towaru od podaży i popytu; mówiąc bardziej ściśle, popyt na dolary wydawał się nieograniczony, gdyż jego wartość wzrastała, niezależnie od podaży. Chiny i Japonia nagromadziły tysiące miliardów dolarów; sporo innych państw zbudowało znaczne rezerwy; dolar obsługiwał międzynarodowy handel, zwłaszcza ropą naftową; był też inwestowany w amerykańskie obligacje rządowych, który wydawały się pewnym i doskonałym interesem, służył do zakupu akcji na amerykańskich giełdach. Wszyscy się przyzwyczaili do dolara będącego swoistym “smarem” wygładzającym obroty światowej gospodarki, ale żadna maszyna nie będzie dobrze pracować, jeśli jest zalana smarem po czubek – a dolar wypełnił wszystkie dostępne przestrzenie. Dolary zalewały rynek akcji, absurdalnie zawyżając ich ceny i przyczyniając się do kolejnych spekulacyjnych bąbli (na przykład “dot com” w latach 90-tych) – ale obcokrajowcy posiadają już ponad 40% akcji na amerykańskich giełdach i ich dalszy wykup natrafia na bariery polityczne, prawne, oraz merytoryczne. Nadal można kupować obligacje amerykańskie – ale jedyne co one mogą zrobić, to przynieść ich nabywcom jeszcze więcej dolarów (za które, oczywiście, będą mogli kupić jeszcze więcej obligacji…). Aby coś robić z zalewem dolarów, instytucje finansowe angażowały się w coraz bardziej wymyślne i zarazem niepewne operacje, nadymając rynek wtórnych instrumentów finansowych do rozmiarów, które w normalnych warunkach spowodowałyby rosnący sceptycyzm i obawy; ale warunki nie były już normalne. W warunkach braku właściwego nadzoru, operacje finansowe o bardzo wątpliwej sensowności przerosły swoimi rozmiarami rzeczywistą gospodarkę. Wszystko wyglądało pięknie, zwłaszcza z daleka, ale prawo podaży i popytu zaczęło przypominać posiadaczom dolarów o swoim istnieniu; w 2007 zawaliła się, po parunastu latach ekspansji, spekulacyjna gorączka budowlana – i cały domek z kart zaczął się sypać. To jest zresztą osobny temat, którym może się zajmę, jak go trochę lepiej zrozumiem.

   Świat stracił apetyt na dolary. Nawet Chiny, które przez tyle lat je gromadziły, aby sztucznie utrzymać zaniżony kurs chuana i móc eksportować na amerykański rynek, zaczęły się ostatnio wyzbywać dolarów. Niektóre kraje eksportujące ropę naftową zaczęły ją sprzedawać za euro, co znacznie zmniejsza zapotrzebowanie na dolary. A rząd amerykański ma rosnący problem z wiarygodnością… Ameryka nie wykazuje chęci do zrównoważenia budżetu państwa; nie stara się odbudować utraconej bazy produkcyjnej; nie inwestuje w infrastrukturę; natomiast za społeczne pieniądze ratuje się zagrożone upadkiem PRYWATNE firmy inwestycyjne (w pozaprawny sposób, bez ustawy Kongresu). Zamiast gruntownej reformy finansów, rząd szasta społecznymi pieniędzmi dokonując mikro-manipulacji na rynku wtórnych instrumentów kredytowych. Firma inwestycyjna Bear Stearns została uratowana przed zupełną plajtą przejęciem przez jednego z największych gigantów giełdowych, J.P. Morgan – której to firmie rząd hojnie udzielił kredytu trzydziestu miliardów, przyjmując w zastaw transakcje upadłej kompanii – po nierealnie wysokim kursie. (Nawiasem mówiąc, szef Bear Stearns dostał wypłatę na pożegnanie, ponad 50 milionów dolarów; natomiast zwolnionych zostanie 12 tysięcy pracowników. Republika kolesiów w całej okazałości…). I co dalej? Konsument amerykański jest spłukany do szczętu, po paru dziesiątkach lat stagnacji płac. Gorączka budowlana się zakończyła, firmy zajmujące się pożyczkami hipotecznymi plajtują na prawo i lewo. Trwająca okupacja Iraku pochłania miliardy dolarów na tydzień, bez żadnych widoków na jakąkolwiek poprawę sytuacji. Kiedy w latach 70-tych w Polsce załamywała się gospodarka, po Wielkim Skoku wykonanym przez administrację Gierka, ekonomości opisywali sytuację używając analogii “krótkiej kołdry” – jak się ją podciągnie pod brodę, to marzną stopy; jak się przykryje stopy, to marznie tułów. Trudno się wyspać, jak człowiek musi co chwilę przesuwać kołdrę. Amerykańska kołdra jest obecnie nie tylko krótka; jest w niej więcej dziur niż samej kołdry. Zdobycze wymagają wysiłku; utrzymanie tego, co się zdobyło, może wymagać jeszcze większego wysiłku – oraz staranności. Sytuacja Ameryki odzwierciedla niedostatek jednego i drugiego.

    Po wielkim krachu z lat 30-tych ubiegłego wieku, w dużej mierze wywołanym nieprzytomnymi operacjami kredytowymi, podczas Nowego Ładu (New Deal ) administracja Roosevelta wprowadziła wiele przepisów normujących i dyscyplinujących rynki finansowe. Przede wszystkim ograniczono możliwości spekulacji – na przykład, tak zwanych zakupów marginesowych, polegających na tym, że nabywca akcji wpłacał sprzedawcy jedynie drobną część ich ceny (często tylko 10%, prawnie ustalone minimum) zobowiązując się do wpłacenia reszty na żądanie. W zamyśle nabywca miał sprzedać akcje, gdy ich ceny poszły w górę, oddać resztę należności, i schować zysk do kieszeni. A jak akcje nie pójdą w górę? Oczywiście, że pójdą; przecież ma miejsce wyjątkowa w dziejach ekspansja gospodarcza! Radio, telegraf, automobil, samolot – co chwilę pojawiają się nowe wynalazki! Produkcja rośnie! Wszyscy co chcą pracować pracują, i kupują auta, mieszkania, meble! W atmosferze entuzjazmu ludzie zrobili się nieostrożni, a nawet niefrasobliwi; mało kto chciał się wyzbywać akcji, których ceny ciągle szły w górę, więc ich posiadacze zwlekali ze sprzedażą, pragnąc się jeszcze bardziej wzbogacić – a pod zastaw tych posiadanych akcji (“kupionych” za 10% ich ceny) można było uzyskać kredyt na kupno następnych – także płacąc za nie tylko 10% w formie zadatku. Techniczny termin na takie działanie, to “leverage ”, czyli stosowanie dźwigni; jeśli ktoś nie był zanurzony po uszy w takich wielokrotnie “udźwignionych” transakcjach, to był uważany za frajera. Ceny akcji zostały wywindowane do niebotycznych poziomów, mających niewiele wspólnego z rzeczywistą działalnością firm – bo też źródłem dochodu z akcji miał być wzrost ich ceny, a nie jakieś dywidendy… Takich spekulacyjnych bąbli było sporo w historii, a ponieważ ci co nie znają historii, muszą ją powtarzać, będzie ich zapewne wiele w przyszłości, bo mało kto ma czas i chęć na studiowanie historii…

   Wszystko dobre ma swój koniec. Na giełdzie pojawiły się “margin calls ”, czyli żądania wpłacenia reszty należności za kupione na kredyt akcje. Być może krach został zapoczątkowany przez jedną osobę, która została o to poproszona; być może została dokonana jakaś operacja większych rozmiarów, z której wynikły straty; bąbel był nadęty tak, że musiał pęknąć, wcześniej czy później. Kiedy znacząca liczba akcji została wystawiona na sprzedaż, nie znajdując natychmiast nabywców, ich cena spadła – a ktoś, kto je sprzedawał, zapewne musiał dokonać sprzedaży, aby móc się wywiązać z zobowiązań – i nagle się okazało, że giełda to nie jest ulica jednokierunkowa; ceny akcji mogą także spadać… Ktoś inny doszedł być może do wniosku, że lepiej się wycofać i zgarnąć pieniądze; ktoś jeszcze inny zawahał się przed kupnem następnych akcji; pojawiła się nadwyżka podaży nad popytem, spychając ceny w dół. Ponieważ mnóstwo ludzi kupowało akcje po zawyżonych cenach, musieli je teraz na gwałt sprzedawać, żeby uniknąć strat – które na nich czekały, jeżeli należność za kupione na kredyt akcje byłaby większa niż suma, za którą udało się je sprzedać. Kiedy zaczął się ruch w dół, to szybka sprzedaż stała się już nie sposobem na uniknięcie strat, tylko ratunkiem przed ruiną finansową – i wraz ze spadkiem cen lawinowo rosła liczba niefortunnych osób posiadających akcje nabyte za cenę niewiele wyższą, albo i niższą od obecnej ceny sprzedaży. Coraz więcej osób chciało więc sprzedawać – a kupować nie było komu… Powstała panika; giełda została zalana przez oferty sprzedaży. Tłumy ludzi stały jak sparaliżowane tam gdzie można było obejrzeć giełdowy “ticker ” pokazujący na bieżąco tranzakcje, patrząc jak idą z dymem już nie widoki zamożnej przyszłości, ale wszelkie uciułane oszczędności, albo i więcej – ponieważ zapożyczyli się do cna, aby móc wpłacić 10% wartości akcji, zobowiązując się do wpłacenia reszty, na żądanie lub w określonym terminie. W tranzakcjach tego rodzaju można stracić nie tylko zainwestowane pieniądze; można stracić wszystko, co się miało.

   Po krachu z 1929 roku nastąpiła w Ameryce depresja, z której wyzwoliła kraj w pełni dopiero druga wojna światowa, dostarczając popytu na produkty przemysłowe. Depresja była dotkliwa i ciężka, przynosząc bezrobocie, biedę, długie kolejki po przydział chleba, pracę jedynie za wyżywienie, zupełny brak perspektyw, sparaliżowaną giełdę. Przyniosła jednakże ze sobą zrozumienie dla konieczności reform ustrojowych, prawnych, finansowych, dzięki którym zresztą klasa posiadająca uniknęła społecznego przewrotu (Roosevelt uratował kapitalizm amerykański przed samym sobą, według popularnego powiedzenia, za co zresztą jest do dziś znienawidzony przez republikanów, których wybawił z opresji). Nastąpił, można powiedzieć, kapitalizm z ludzką twarzą; robotnicy uzyskali prawo do związków zawodowych i strajku, wprowadzono minimalną płacę, wymóg negocjowania umów zbiorowych w dobrej wierze; stworzono precedens prac publicznych, finansowanych przez rząd (między innymi wtedy powstała sieć nowoczesnych autostrad); tworzono przedsiębiorstwa o mieszanym kapitale, jak np. Tennessee Valey Authority, korporacja utworzona w najciężej dotkniętym przez depresję rejonie kraju, zajmująca się (do dzisiaj zresztą) produkcją prądu, regulowaniem rzek, i innymi działaniami na dużą skalę. Stworzono system ubezpieczeń społecznych (Social Security), który chronił niezamożnych przed nędzą na stare lata; najubożsi uzyskali prawo do opieki lekarskiej w minimalnym zakresie. Ameryka stała się innym krajem, budując zamożność społeczną; nawet jeśli ta zamożność była w dużej mierze ograniczona do białych protestantów, objęła ona wszystkie klasy społeczne tej dominującej grupy; w miarę wzrostu dobrobytu, Irlandczycy, Włosi, Polacy i inni jasnoskórzy spóźnieni przybysze też stali się pełnoprawnymi obywatelami. Elity gospodarcze uznały, jeśli nie otwarcie, to w praktyce, trafność dewizy Henry’ego Forda, który uważał, że jego pracownicy powinni zarabiać tyle, aby było ich stać na kupno samochodów, które wytwarzali; pracodawcy dzielili się więc zyskiem z pracownikami, którzy tworzyli swoją siłą nabywczą stały popyt. Dla tych, co nie przyszli na świat na samym dole społecznym, czyli praktycznie wszystkich oprócz czarnych, kolorowych, biedaków, Indian amerykańskich, nastały piękne czasy, nadszarpnięte dopiero przez wojnę w Wietnamie i kryzys naftowy; jeszcze w latach 70-tych i 80-tych można było utrzymać rodzinę z jednej pensji, pracując za płacę minimalną, na nienajgorszej stopie. Ale w 1980 roku objął rządy złotousty Ronald Reagan, niechętnie usposobiony do regulacji, przepisów, społecznej aktywności rządu, zasiłków społecznych, związków zawodowych i wszelkich innych przeszkód dla wolności gospodarczej. Zaczęła się deregulacja.

(cdn)

Witold Ferens

kontakt witoldferens@gmail.com

Geneza obecnego kryzysu gospodarki USA (cz. 1)

March 15th, 2008

    Nieubłaganie i coraz szybciej narastający kryzys gospodarki USA ma wiele interesujących cech, jak na przykład niezwykłe podobieństwo do kryzysu w latach 20-30-tych ubiegłego wieku, który doprowadził do Wielkiej Depresji – pod względem przyczyn, symptomów, oraz reakcji władz. Z mojej perspektywy jednakże najbardziej mnie zastanawia częste przekonanie, że jest on czymś niespodziewanym i nieoczekiwanym – tak jakby wszystko szło w tej gospodarce znakomicie, i tylko ostatnio coś się popsuło. Oczywiste, że oficjalna prasa amerykańska usiłuje takie stanowisko utrzymać, i że podobnie postępuje prasa polska, a przynajmniej jej część gloryfikująca Stany Zjednoczone – ale nadchodząca zapaść gospodarcza nie jest niczym nowym, niespodziewanym, ani zaskakującym, przynajmniej dla krytycznie myślących komentatorów. Przez ostatnie dwa dziesiątki lat ukazało się w USA dziesiątki, jeśli nie setki książek, opisujących to co się teraz zaczyna i zapewne objawi w pełni w ciągu najbliższego roku-dwóch – czyli głęboka zapaść gospodarcza, dramatyczne konsekwencje społeczne, oraz utrata statusu waluty światowej przez dolara. Ciekawe, że większość autorów nawołujących po próżnicy do opamiętania, przepowiadała katastrofę na wiele lat wcześniej; najwidoczniej nie mieściło im się w głowie, do jakich rozmiarów będzie mógł dojść bąbel nonsensu wykreowany przez politykę finansową Reagana i jego kontynuatorów, zanim pęknie. Jedną z tych książek, The day of reckoning (Czas obrachunku) przeczytałem dokładnie, parę innych przejrzałem – i zostałem przekonany. Wśród osób przepowiadających krach było zresztą sporo słynnych nazwisk – nobliści z ekonomii, profesorowie Harwardu, itp. Ale amerykańskie władze mają długą tradycję sceptycznego nastawienia do poglądów naukowców – zwłaszcza wtedy, gdy te poglądy nie pokrywają się ze stanowiskiem władz… Nawiasem mówiąc, gospodarka nie jest tu wyjątkiem; podobnie się dzieje w innych dziedzinach – zanieczyszczenie środowiska, globalna zmiana klimatu, propozycje zasadniczej reformy systemu opieki zdrowotnej, ryzyko stosowania antybiotyków w rolnictwie dla wzmożenia tuczu (tzn. nie w celach terapeutycznych) itd, itp. Nauka jest przez amerykański rząd tolerowana, jeżeli wykonuje polecenia i zadania – skonstruowanie bomby atomowej, wysłanie człowieka na Księżyc, udoskonalenie metod perswazji stosowanych w przesłuchaniach terrorystów – proszę bardzo. Ale jakieś gadanie o zanieczyszczeniu? Naukowcy powinni znać swoje miejsce… w końcu władze wybrane w najbardziej wolnych na świecie wyborach wiedzą lepiej, co ważne.

    Powracając do zagadnienia kryzysu gospodarczego i jego źródeł – znalazłem w Wikipedii bardzo interesujące zestawienie danych z lat 1920-2005, dotyczących amerykańskich wskaźników giełdowych, cen złota i srebra, przyrost masy dolara, oraz dług państwa (tabela jest zamieszczona pod hasłem „Gold as an investment”). Poniżej przedstawiam jedynie część danych, które dobrze ilustrują genezę obecnego kryzysu – czyli pseudo-wzrost gospodarczy, oparty na zadłużeniu.

Rok

(1)

Złoto
$/uncja

(2)

Złoto
$2006

(3)

Wskaźnik
Dow Jones
(4)
Całkowita ilość dolara (M3) (miliardy $$$)(5) Praca
$/godz

(6)

Dług panstwowy
(miliardy $)
(7)
1970 37.60 195.83 838.92 677.10 ND 389.20
1980 641.20 1567.73 963.99 1995.50 3.50 930.20
1990 423.80 654.01 2633 4154.60 5.52 3233.30

Parę wyjaśnień; uncja to 28,28 grama; Dow Jones industrial average – indeks giełdowy wybranych reprezentatywnych firm przemysłowych; M3 to cała masa dolara (w obiegu i nie). Do zeszłego roku, kiedy przestano publikować ocenę M3, dolar miał trzy miary – M1, M2, i M3. M1 to masa pieniądza fizycznie obecnego w obiegu (monety i banknoty), pomniejszona o pieniądze przechowywane w skrytkach bankowych; M2 – to jest M1 plus pieniądze na depozytach bankowych, które mogą być pobrane i wydane bez specjalnych ograniczeń; a M3 – to M2 plus dolary utrzymywane przez amerykański i światowy system finansowy, niekoniecznie będące w bezpośrednim obrocie. Używając porównania z fizyki, możnaby powiedzieć, że M3 to jest suma energii kinetycznej i potencjalnej dolara. Energia potencjalna jest niejako utajona; na przyklad, posiadana na przykład przez narciarza stojącego na szczycie góry, zaczyna się przejawiać dopiero wtedy gdy narciarz zacznie zjeżdżać, zamieniając energię potencjalną na kinetyczną. Tak więc tysiac miliardow dolarów znajdujący się w posiadaniu Chin nie znajduje się w obiegu, ale ma niewątpliwie znaczną energię potencjalną (M2 to jest obecnie około 1,4 tysiace miliardow dolarów, więc Chiny mogłyby zwiększyć o 60% ilość dolara w obiegu…). W rubryce „Praca” przedstawione są godzinowe zarobki pracowników rolnych, będące dzięki niefortunnej sytuacji tych osób dobrym wskaźnikiem „podłogi” na rynku pracy; pracownicy rolni nie podlegają kontraktom zbiorowym, związków zawodowych nie mają, i często są w przymusowej sytuacji, jeśli nie w ogóle nielegalnie na terenie USA– jest to więc miara tego, jakie jest minimum wynagrodzenia potrzebne do tego aby zakupić pracę na wolnym rynku, od ludzi których nikt nie reprezentuje ani nie wspiera. Dług rządowy to suma rządowych obligacji i innych papierów wartościowych, które mogą być przedstawione do wykupu, choć niekoniecznie wszystkie jednocześnie (zależnie od terminu dojrzałości).

    Rok 1980 to koniec kadencji Cartera, po którym objął rządy Ronald Reagan, w styczniu 1981. Główną cechą „Reaganomics” czyli ekonomiki Reaganowskiej było jej całkowite zdominowanie przez teorię „supply side”, twierdzącej że zasadniczym źródłem rozwoju gospodarczego są inicjatywy gospodarcze uwolnionego kapitału – uwolnionego od ciężarów podatkowych, regulacyjnych, itp. Zamiast sciągać wysokie podatki, według tej teorii lepiej jest podatki obniżyć, i uzyskać podobny przychód dzięki większej aktywności gospodarczej ludzi którzy dzięki obniżonym podatkom mają więcej pieniędzy na zakupy i inwestycje.

    Na papierze wyglądało to bardzo ładnie i obiecująco, a nawet może i logicznie, dopóki ktoś nie zainteresował się szczegółami – ale o tych nie było mowy, bo i po co, jak wszystko było takie logiczne. Swoją drogą jest to fascynujące, że rewolucji w systemie ekonomicznym USA dokonano na podstawie kilku frazesów i anegdot – bez próby wyliczenia, bez symulacji, bez pokazania możliwych scenariuszy wydarzeń… Reagan potrafił wspaniale przemawiać, i jak przemówił do Kongresu, to ten na wyprzódki uchwalił cięcia podatkowe – przede wszystkim dla kilku procent najbogatszych obywateli, jak też dla korporacji. Na efekty nie trzeba było długo czekać.

        Rozwój gospodarczy nastąpił, a jakże – Dow Jones wzrósł pomiędzy 1980 a 1990 o 173%. Ilość dolara wzrosła o 108% - a po inflacji ani śladu… Inflacja była spora w latach 70-tych, głównie z powodu kryzysu naftowego i wyśrubowaniem cen przez OPEC – wystarczy popatrzeć na cenę złota, która pomiędzy 1970 a 1980 skoczyła o 1600% nominalnie a o 701% w cenach z 2006 roku… Kto mógł to kupował złoto. Ale Reaganowska dekada (dwie kadencje kontynuowane przez Busha Starszego) zupełnie odwróciła sytuację – pomiędzy 1980 a 1990 realna cena złota SPADŁA o połowę. Czyli – wszystko w porządku, nieprawdaż? Tak jak było obiecane?

    Malkontenci, co potrafią zawsze znaleźć dziurę w całym, usiłowali wskazać jeden niemiły szczegół – otóż dług państwa wzrósł o 248%, od 1980 do 1990 – dwukrotnie więcej, niż przybyło dolarów. Coś z tymi podatkami było nie całkiem tak… ich obniżki miały za siebie zapłacić – czego najwyraźniej nie robiły. To prawda, że wydatki państwa niezmiernie wzrosły – za Reagana miał miejsce ogromny wzrost wydatków na zbrojenia, o ponad jedną trzecią (liczonych jako część produktu narodowego; 1979 – 4,6%, 1986- 6,2%); niektórzy do dziś twierdzą, że w ten sposób Reagan obalił, niejako swoimi dwoma rękami, Związek Radziecki – co wydaje się być sporą przesadą, jako że w owej epoce ZSRR nawet nie był już w stanie POZOROWAĆ wyścigu zbrojeń, i był tak czy inaczej na drodze do nieuniknionej zapaści. Wydatków było więc daleko więcej – nie tylko wojskowych. A przychody z podatków spadły, i nijak nie chciały wzrosnąć.

    Historycy być może uznają za czas jakiś, że początek lat osiemdziesiątych to był rzeczywisty początek końca USA jako mocarstwa – ponieważ prawie cały rozwój gospodarczy od tego czasu odbywał się na kredyt. A kredyt kosztuje… Zapożyczenie się może mieć sens w pewnych sytuacjach, kiedy służy pomnożeniu stanu posiadania, powiększeniu zdolności produkcyjnej, bądź nagromadzeniu zasobów rosnących na wartości. Ale rządowy dług nie posiadał tych cech; pieniądze zostały przejedzone, wydane na subwencje dla rolnictwa, kosztowne zabawki (promy kosmiczne, lotniskowce, futurystyczne uzbrojenie), budowę baz wojskowych poza granicami USA (Pentagon przyznaje się teraz oficjalnie do ponad 700), oraz wydane na bieżące potrzeby, które przecież się nie zmniejszyły. Większość inwestycji gospodarczych zaczęła być dokonywana poza granicami USA, tam gdzie była tania siła robocza i brak komplikacji stwarzanych przez demokratyczne rządy, związki zawodowe, i inne niepotrzebne przeszkody dla ekspansji gospodarczej… Elity (?) gospodarcze i finansowe USA miały się świetnie; sfery pracownicze – znacznie mniej. Kiedy Dow Jones wzrósł o 173%, to pensje pracowników rolnych – jedynie o 58%. I to była zapowiedź tego, co miało nastąpić, czyli gigantycznego transferu majątku od klas pracowniczych do kilkuprocentowej grupy magnatów. To zjawisko ma zresztą spory udział w obecnym kryzysie, gdyż zubożałe społeczeństwo nie ma za co kupować i konsumować…

    Mówiąc krótko i zwięźle – w latach 1980-90 całkowita ilość dolara (M3) wzrosła o 2,16 biliona (ponad dwa tysiące miliardów); dług państwowy – o 2,30 biliona. Tak więc cała ekspansja gospodarcza epoki Reagana odbyła się na kredyt. Już wtedy było sporo takich, co ostrzegali przed konsekwencjami – ale mało kto chciał ich słuchać. Prasa uwielbiała Reagana, politycy jeszcze bardziej, a społeczeństwo, utrzymywane w nieświadomości, biło brawa. Nastały czasy Nowej Ekonomii, objawiającej się niepowstrzymanym rozwojem. Dług? Deficyt? Kto miałby się tym przejmować, gdy giełda pięła się w górę.

Ciąg dalszy nastąpi.

Witold Ferens

kontakt witoldferens@gmail.com

buy a home in milton ma test

Requiem dla dolara

January 19th, 2008

   
Co się dzieje z dolarem? Wiele. Ale niewiele dobrego…

   
    Przed laty nieoceniony Wojciech Młynarski śpiewał piosenkę o dzieciach układających “puzzla”, które odkryły w pewnym momencie, że klocki nie pasują do obrazka… Albo dajcie inne klocki – albo zmieńcie ten obrazek! Podobne życzenie mogliby teraz zbiorowo wygłosić obserwatorzy USA – a szczególnie ci, co posiadają pochlebne wyobrażenia o tym kraju… Nadchodzące lata będą trudne dla wielbicieli Ameryki, bo niewiele jest trudniejszych rzeczy, niż wyzbycie się złudzeń; mówię to bez złośliwości – sam się do tego grona zaliczałem, dopóki nie zamieszkałem tu na dobre. Z góry zastrzegam, że Ameryka – państwo, kraj, społeczeństwo – ma mnóstwo zalet i dobrych stron. Ale chęć do patrzenia prawdzie w oczy, i nazywania rzeczy po imieniu, nie należą do tych zalet.

   
    Rząd amerykański znienacka odkrył, że z gospodarką się dzieje coś niedobrego. Coż, lepiej późno niż wcale – choć aż dziw bierze, że oficjalne media nie postawią sobie prostego pytania – jak to możliwe, żeby jeszcze pół roku temu, jak twierdzono, kwitnąca gospodarka tak ni stąd, ni zowąd zaniemogła. A tego już nikt nie kwestionuje, ani się nie dziwi desperacji, która zmusiła, przynajmniej de facto, wyznawców wolnorynkowych zasad do przyznania, że niewidzialna ręka rynku nie daje sobie rady, i interwencja państwa jest wskazana. Bo też i jest – tylko nie taka, o jakiej się mówi. Titanic amerykańskiej gospodarki jest na kolizyjnym kursie z górą lodową, która tworzyła się przez blisko trzy dziesięciolecia „gospodarki księżycowej” (od czasu, kiedy polityka w tym kraju stała się zupełnym teatrem, czyli od wyborów Ronalda Reagana, na prezydenta). To, co proponują sternicy amerykańskiej gospodarki (wrzucenie w nią paruset miliardów dolarów), można porównać, na drodze analogii, do postulatu zwiększenia szybkości Titanica – aby mógł, dzięki polepszonej sterowności, uniknąć kolizji z górą. Ujemną stroną takiego manewru jest to, że jeśli nie uda się uniknąć kolizji, nawet przy lepszej sterowności – to skutki zderzenia będą jeszcze bardziej dotkliwe…

   
    Dlaczego miałoby tak być?
    Z moich kontaktów z osobami mieszkającymi w Polsce, oraz pobieżnego spojrzenia na wzmianki prasowe, coraz bardziej staje się dla mnie jasne, że ani polska publiczność, ani ekonomiczni komentatorzy, nie zdają sobie sprawy z rozmiarów i głębokości amerykańskiego kryzysu. Sięga on DALEKO głębiej niż obecne trudności spowodowane pęknięciem spekulacyjnego bąbla budowlanego, z towarzyszącymi temu konsekwencjami dla przeżartego przez korupcję i bezsens rynku hipotecznego (umożliwionych w dużej mierze przez decyzje niezmiernie zadowolonego z siebie Alana Greenspana). Istotną częścią kryzysu jest niepewność dotycząca podstawowych aspektów funkcjonowania systemu kapitalistycznego – czego przykładem może być obecna sytuacja na amerykańskim rynku monetarnym. Ten rynek się zatrzymał – banki przestały udzielać sobie krótkoterminowych pożyczek, niezbędnych do utrzymania pieniądza w obiegu – ponieważ nie mają sposobu na określenie swojej wzajemnej wiarygodności finansowej – a bez tego strach pożyczać komukolwiek, nawet na krótko. Banki są generalnie niedokapitalizowane; utopiły krocie w rozmaitych “pochodnych kredytowych” i innych “instrumentach” (cieszących się do niedawna wysoką i zupełnie nieuzasadnioną oceną ich bezpieczeństwa) – i w każdej chwili mogą być zmuszone do ujawnienia swoich rzeczywistych zasobów kapitałowych, jak też zobowiązań, przed czym się oczywiście bronią, ze zrozumiałych względów, pragnąc uniknąć publicznego przyznania, że król jest nagi jak święty turecki. A problemy z płynnością kredytową, to dopiero początek listy… Trudno się dziwić polskiej publiczności – amerykańscy decydenci nie wydają się rozumieć w pełni zagrożeń, przed którymi stoją. Najgorsza rzecz, jaka może się przytrafić politykowi, to uwierzenie w swoją własną propagandę.

   
    Przez większość czasu, od 1980 roku, USA miały niezrównoważone finanse – deficyt budżetowy, i deficyt wymiany handlowej. Pierwszy wynosi ponad 400 miliardów rocznie, drugi jest dwukrotnie większy, a oba stale rosną… Dług państwowy wynosi teraz blisko 9 TRYLIONÓW dolarów – ponad 70% rocznego produktu narodowego (sama obsługa długu kosztuje ponad miliard dolarów dziennie – a na nią też się pożycza pieniądze…). Społeczeństwo jest zadłużone po uszy. Większość produkcji została wyprowadzona poza granice kraju, w poszukiwaniu taniej siły roboczej; elity finansowe i przemysłowe przestały się dzielić ze społeczeństwem zyskami; od dłuższego czasu stopa oszczędności jest UJEMNA (nie “niska”, jak to się czasem twierdzi w polskiej prasie); infrastruktura (drogi, mosty, sieć elektryczna, kanalizacja) jest dotknięta zmęczeniem materiału, zdekapitalizowana (na skutek braku środków, spowodowanym absurdalnymi cięciami podatków) i trzyma się na słowo honoru; wojny w Iraku i Afganistanie będą kosztować w sumie grubo ponad trylion dolarów (dotychczas wydane kilka setek miliardów, zdewastowany sprzęt, kilkadziesiąt baz wojskowych, koszty opieki nad dziesiątkami tysięcy rannych żołnierzy przez najbliższe dziesięciolecia, pośrednie koszty społeczne); i tak dalej, i tak dalej. Daruję sobie dalsze wyliczenia, ale to dopiero początek. W tej sytuacji, wprowadzenie dwustu miliardów dolarów jest bez większego znaczenia – dla obywateli będzie niewątpliwie przyjemne, przez moment, otrzymać od rządu wielkoduszną zapomogę tysiąca kilkuset $ - ale większość amerykańskich rodzin tkwi w takiej dziurze finanasowej, że te 1000$ w nią wsiąknie bez śladu, jak szklanka wody wylana w samo południe na pustynny piasek. Gdyby dać te pieniądze najuboższym, to miałoby to przynajmniej pozytywny efekt społeczny – mogliby się ci ludzie najeść, kupiliby sobie buty i ubrania, naprawiliby samochód… Ale dla rodziny z klasy średniej, mającej (oprócz długu hipotecznego) 20–30 tysięcy, a często znacznie więcej, na kontach kredytowych i pożyczkowych, to zmieni niewiele, że ten dług się zmniejszy o tysiąc dolarów. A ponieważ środki mają być uzyskane przez POWIĘKSZENIE deficytu, a nie z podatków, ostateczny efekt może być ujemny – bo najprawdopodobniej spowoduje dalszy spadek wartości dolara i wzrost deficytu handlowego; stąd też analogia ze słynnym statkiem. Tragicznego wymiaru przydaje tej sytuacji fakt, że to wszystko było do uniknięcia – oraz, że możnaby jeszcze teraz uniknąć najgorszego, gdyby przedsięwziąć RZECZYWISTE środki zaradcze - zakończyć bezsensowne wojny; sprowadzić armię do kraju; zamknąć przynajmniej niektóre z ponad 700 baz wojskowych poza granicami USA; zreformować system finansowy kraju, aby stał się czytelny, przejrzysty, i wiarygodny; opodatkować na powrót klasę posiadającą, która zagarneła lwią część dochodów kraju przez ostatnie parę dziesięcioleci; wprowadzić podatek od paliwa, nakłaniający do większej gospodarności; wprowadzić opłatę od obrotu akcjami – wystarczyłoby 0,1% od obrotu, aby dostarczyć potrzebnych środków na adekwatny nadzór techniczny i regulaminowy (a przy okazji zmnieszyć o 90% spekulacyjną, pustą aktywność giełdy); zainwestować uzyskane środki w naprawę infrastruktury, remont szkół, zasiłki dla bezrobotnych… Ale to wymagałoby spojrzenia prawdzie w oczy – choćby częściowo. A na to nie ma, jak dotąd, chętnych – przynajmniej wśród urzędujących władz, oraz prezydenckich kandydatów (wyjątek może stanowić libertarian Ron Paul, nie wiedzieć czemu kandydujący z ramienia partii republikańskiej).

   
    Dlaczego więc dolar jeszcze się trzyma?

   
    Niektórzy analitycy (spośród tych, których opinie nie trafiają na łamy światowej prasy) sądzą, że z braku alternatywy. Od ponad 60-ciu lat dolar pełnił, w rosnącym stopniu, rolę światowego pieniądza (obecnie blisko 70% masy dolara znajduje się poza granicami USA); był tezauryzowany (chowany pod materac, od greckiego “thezauros”, skarb) chętniej niż złoto; służył jako waluta w handlu ropą naftową; był obdarzany wiarą i szacunkiem, dzięki (minionej) potędze gospodarczej USA i stabilności politycznej (niewątpliwie istniejącej, choć za cenę ogromnych kosztów społecznych). Co miałoby zastąpić dolara? Jen nie da rady (japońska gospodarka jest niewystarczająco duża, mało otwarta, i centralnie sterowana); euro jest walutą bez kraju, a więc bez materialnych podstaw; chuan jest niedowartościowany (co samo w sobie jeszcze nie jest najgorsze), i przyszłość Chin jest wielką niewiadomą. Dolar więc ma szanse pozostać przez jakiś czas, może nawet dość długo, walutą międzynarodową. Ale z konieczności, nie z wyboru, i będąc cieniem jeszcze niedawnej potęgi. Przez cały czas będzie mu jednak zagrażać, że stanie się tylko jedną z walut, choćby i wyjątkową.

Miałeś, chamie, złoty róg…
Miałeś, komediancie, czapkę z piór…

Nie wiem, czy Wyspiański jest przetłumaczony na angielski. A przydałoby się.

Witold Ferens
Moscow, Idaho, USA

kontakt: witoldferens@gmail.com

Znaki ostrzegawcze

November 8th, 2007

   
    Dla przyrodników jest od dawna oczywiste, że ludzki gatunek znajduje się bardzo blisko granicy wytrzymałości biosfery, o ile jej już nie przekroczył. Nieopanowana produkcja dóbr użytkowych, intensywna produkcja żywności przy użyciu przemysłowych metod, i beztroskie transportowanie towarów i ludzi na ogromne dystanse przy użyciu energochłonnych metod obciążają przyrodę w stopniu uniemożliwiającym regenerację i samooczyszczenie, systematycznie powiększając stężenie (w glebie, wodzie, i powietrzu) odpadów, zanieczyszeń, trucizn, wszelkiego rozdzaju związków biologicznie czynnych – które są produkowane z osobna, ale działają zbiorowo – i nierzadko synergistycznie, wywierając o wiele potężniejszy efekt, niż by to wynikało z ich prostego podsumowania. Epidemie astmy i rozmaitych uczuleń są efektem nie tylko obecnosci alergenów, lecz także tego, że działanie tych alergenów na ludzki organizm jest spotęgowane przez podrażnienie tkanek toksycznymi lub biologicznie czynnymi zanieczyszeniami. Tkanka płuc, podrażniona przez spaliny i ozon, wypełniające miasta, może zostać uczulona na składniki kurzu, które nie miałyby większego efektu, wdychane bez towarzystwa spalin. Wypłuczyny z intensywnie nawożonych pól są dużym obciążeniem cieków wodnych – ale stają się katastrofą, gdy towarzyszą im pestycydy, herbicydy, antybiotyki, i inne biologicznie czynne związki, którymi są nafaszerowane pola uprawne i hodowlane zwierzęta. Ludzkość tonie w swoich odchodach, dosłownie i w przenośni; każdy element zanieczyszczenia z osobna jest tak jak pojedyńcze źdźbło, które samo nie zrobiłoby wielbłądowi krzywdy – ale w towarzystwie tysięcy innych, złamie mu grzbiet.

   
   
To, co robimy z biosferą, przywodzi więc na myśl obładowywanie wielbląda kolejnymi źdźbłami, dla sprawdzenie ile ich potrzeba, aby wielbłąd upadł pod zbiorowym ciężarem słomy czy siana. A co zrobimy, gdy upadnie? Ano, zdejmiemy z niego trochę ciężaru, i postawimy na nogi. A jeżeli się nie da postawić na nogi?

   
   
Myślę, że do większości osób, oraz prawie wszystkich polityków, nie dociera w pełni fakt, że przyroda jest nieubłagana, i zupełnie głucha na argumenty. Nie ma większego znaczenia, ile szpalt gazetowych zostanie wypełnionych przez wywody , że przeciwdziałanie globalnej zmianie klimatu jest kosztowne; że nie ma alternatywy dla wolnorynkowej eksploatacji zasobów przyrodniczych; że transportowanie kwiatów ciętych odrzutowcami sprzyja rozwojowi gospodarczemu. Kiedy wielbłąd upadnie, to najdłuższe i najbardziej kwieciste mowy nie postawią go na nogi.

   
   
Od jakiegoś czasu narasta we mnie przekonanie, iż główną szansą ludzkości jest stopniowe upadanie planetarnego wielbłąda. Na tyle szybkie, aby zostało dostrzeżone, i mogło nakłonić ludzkość do pohamowania entuzjazmu w dokładaniu kolejnych garści siana; a zarazem na tyle stopniowe, aby odjęcie wielbłądowi trochę ciężaru dało jakieś efekty. Być może przyroda zachowa się wobec nas na tyle uprzejmie, aby dostarczyć właściwej porcji znaków ostrzegawczych, zanim rozpoczną się kataklizmy. Są na planecie miejsca, których już nic nie przywróci do życia, tereny zrujnowane do szczętu, i gatunki zwierząt i roślin istniejące jedynie w zbiorach muzealnych. Ale planeta JESZCZE funkcjonuje; biosfera działa jako całość; rośliny i zwierzęta usiłują przetrwać, często z powodzeniem. Pomimo zawziętych wysiłków, nie udało się wytępić dorszy do cna; zaczyna do ludzi docierać, że nie można bezkarnie lać ścieków do rzek i mórz; coraz więcej jest zwolenników uprawy i hodowli wykorzystujących znajomość przyrody, bez używania obłąkanych metod. Wielbłąd się chwieje – ale jeszcze stoi na nogach.

   
I jest coraz więcej znaków ostrzegawczych.

   
   
Jednym z bardziej interesujących – i bardzo cennych - jest masowy pomór pszczół amerykańskich. W wielu częściach Stanów pszczoły zniknęły. Niewiele osób by się tym przejęło, być może, gdyby nie pewien związany z tym zjawiskiem problem: otóż pszczoły zapylają rośliny. Bardzo wiele gatunków roślin, wśród nich wiele gatunków o ogromnym znaczeniu gospodarczym – wobec czego, nie da się tego problemu zagadać, zaprzeczyć jego istnieniu, zlekceważyć, próbować przeczekać. Kongres Stanów Zjednoczonych, mając tak napiętą agendę – od zajmowania się losem osób w stanie wegetatywnej śpiączki, do ludobójstwa w Turcji przed stu laty, oraz krzewienia demokracji i wolnorynkowego ustroju w Mezopotamii, znalazł czas na zajęcie się problemem pszczół. I to przynosi odrobinę nadziei – dla pszczół, i dla ludzkości.

   
   
Co się stało z pszczołami? Jak dotąd, nie wiadomo. Wiadomo jednak, że bardzo źle na nie wpływa zanieczyszczenie, środki owadobójcze, utrata habitatu; monokulturowa uprawa roślin. Każdy z tych czynników, to jedno źdźbło; a pszczoła, choć nieduże stworzenie, wystąpiła w roli doświadczalnego wielbłąda. Być może stężenie pestycydów osiągnęło graniczną wartość; być może gorzej odżywione pszczoły stały się bardziej podatne na wirusową zarazę; być może zanieczyszczenie zmniejszyło ich rozrodczość; być może w różnych częściach Kaliforni wystąpiły różne kombinacje czynników. To nie ma większego znaczenia; znaczenie ma to, że ludzkość otrzymała wyraźny znak ostrzegawczy. I w tym nasza nadzieja.

   
   
Upatruję więc największą szansę ludzkości na unikniknięcie kataklizmów w planetarnej skali w tym, że przyroda zachowa się wobec nas wyrozumiale – dostarczając nam kolejnych znaków ostrzegawczych, aby któryś z nich przełamał się przez barierę ludzkiej niechęci do wysiłku, i wszelkie inne – żądzy zysku, bezmyślności, arogancji, otumanienia. Jest nadzieja, że któryś z tych znaków będzie na tyle wymowny, aby zatrzymać nasz marsz w kierunku przepaści, zanim dokonamy w biosferze zmian niemożliwych do odwrócenia, zmienimy planetarny klimat, zatrzymamy Prąd Zatokowy, doznamy epidemii chorób spowodowanych przez lekooporne zarazki, stopimy lody biegunowe, rozchorujemy się wszyscy na astmę, i wytępimy pszczoły i dorsze. Być może któryś z kolejnych katastrofalnych huraganów, powodzi, pożarów, susz, i epedemii zostanie dostrzeżony przez polityków i redaktorów gazet nie jako kolejna anomalia, tylko jako zwiastun czegoś bardzo nieprzyjemnego; być może trochę mniej pieniędzy zostanie utopionych w paranoidalne ściganie wyimaginowanych wrogów, a trochę więcej w rozwiązywanie rzeczywistych trudności i zagrożeń.

   
   
Każde państwo, społeczność, przedsiębiorstwo, każda rodzina i każdy czlowiek dokonuje codziennie wyborów dotyczących wytwarzania, zaśmiecania, stylu życia, podróżowania, konsumpcji; każdy z tych wyborów stwarza możliwość, aby dołożyć wielbłądowi na grzbiet kolejne źdźbło – albo tego uniknąć, lub wręcz jedno z nich odjąć. Jak wygrzebię się spod chwilowego nawału zajęć, to postaram się napisać o tym bardziej konkretnie.

Witold Ferens

Co się dzieje ze światową gospodarką?

August 28th, 2007

   Nadchodzą ciężkie czasy – nieubłagany moment rozrachunku za szaleństwa rynków finansowych, uwolnionych od ciężaru rządowych regulacji. Proces deregulacji, amerykańskiej i ogólnoświatowej, zapoczątkowany za czasów administracji Reagana, w ciągu ostatnich dwóch dziesiątków zmienił dość drastycznie strukturę światowych finansów. Przy okazji przyniósł kilka pokaźnych bąbli inwestycyjnych, z których ostatni – szał budowania i kupowania domów w USA - zaczyna teraz osiadać. Następstwa będą przykre – i jeśli jest w tym jakaś pociecha, to taka, że trudno będzie propagandzistom tzw. “wolnego rynku” opowiadać o wspaniałych skutkach deregulacji. Proces deregulacji zbiegł się w czasie (a może i w związku przyczynowo-skutkowym z trwającym od paru dziesięcioleci wzmożonym przepływem majątku od tych, co mają niewiele, do tych, co mają bardzo dużo. Miał zupełnie groteskowe wymiary w USA, tworząc niespotykany dotychczas w historii tego kraju rozziew pomiędzy tymi, co mają (czyli “haves”) i tymi, co nie mają (“have nots”), oraz koncentrację zasobów kapitałowych i majątkowych w finansowych “elitach”. Historia stara jak świat…

      Światowy kapitał cierpi na dolegliwość, nie będącą więc niczym nowym – trudność wykorzystania finansowych nadwyżek. Obniżki podatków, cięcia świadectw społecznych, gonitwa kapitału za najtańszą i najbardziej bezbronną, podatną na eksploatację siłę roboczą, przyniosły swoje żniwo – pracownicy zarabiający niewiele mają niewielką siłę nabywczą, popyt spada, a z niebotycznymi zyskami nie ma co robić. Doskonale widać to na przykładzie takich krajów, jak Indie, gdzie milionerów przybywa równie szybko, co (procentowo) biedaków. Absurdalny sposób liczenia kosztów i zysków powoduje, że “nieopłacalne” jest inwestowanie w czystą gospodarkę, w infrastrukturę, energię z odnawialnych źródeł, oraz pracowników i społeczności – pozostaje więc spekulacja. Spekulacyjny kapitał znalazł - lub stworzył – wiele ujść dla swej nagromadzonej energii, w postaci różnorodnych “instrumentów finansowych”, o wymyślnych nazwach, mających zastąpić brak ekonomicznego sensu tych tworów. Jeden z tych instrumentów, mający angielską nazwę “credit derivative” (pochodna kredytowa?) zrobił szczególną karierę podczas ostatnich kilkunastu lat – wraz z dosyć tajemniczymi organizacjami gospodarczymi, tzw. “hedge funds” (nie wiem, jak się to nazywa po polsku – fundusze amortyzacyjne?), które robiły, przynajmniej do niedawna, fortuny na tych finansowych instrumentach.

   Władza skłonna jest do szaleństw, których rozmiary bywają zwykle proporcjonalne do zakresu władzy, i podobnie jest z kręgami finansowymi. To, co się działo przez ostatnie dwie dekady w dziedzinie światowych finansów, to było czyste szaleństwo. Liczba “hedge funds” wynosi teraz około dziesięć tysięcy, z których osiem tysięcy jest zarejestrowanych w raju podatkowym, na Wyspach Kajman. Te fundusze robią, co im się żywnie podoba, bez nadzoru i jakiejkolwiek regulacji. Większość z nich, to są operacje średniego szczebla; czterysta największych funduszy, mających od miliarda USD w górę zasobów, dokonuje 80% obrotów. W sumie fundusze mają ponad tysiąc pięćset miliardów USD, a suma ich dziennych transakcji to blisko 6 tysięcy miliardów (czyli ilość pieniądza równa połowie rocznego produktu USA).

   Dlaczego te fundusze miałyby być problemem? Ponieważ dokonują one niezwykle ryzykownych operacji – na których można dużo zarobić, ale jeszcze więcej stracić. W 1998 roku, kiedy było funduszy pięć razy mniej, niż teraz, światowa finansjera stanęła w obliczu krachu, kiedy zawalił się jeden z ówcześnie większych, Long-Term Capital Management (LTCM). Największe banki zrobiły wtedy zrzutkę idącą w setki miliardów USD, żeby zapobiec niewypłacalności LTCM, i grożącej reakcji łańcuchowej kolejnych upadłości. Historia się teraz powtarza – fundusze zaczynają padać; niedawno na przykład padł Bear Stearn, jedna z większych organizacji kapitałowych Wall Street. A pieniędzy na ratowanie już się tak łatwo nie znajdzie, jak dawniej – bo banki same utopiły krocie w niepewnych interesach… Z najwyższym trudem, kilka największych światowych banków, włączając Bank Europejski, wysupłało dwieście kilkadziesiąt miliardów. To chwilowo zatrzymało powódź – ale można się obawiać, że nie na długo. Rezerwa Federalna USA może co prawda dodrukować dolarów – ale to zagraża rozpętaniem inflacji… Jakby nie stanąć, plecy zawsze z tyłu.

Gdzie się więc podziały te ogromne nadwyżki z ostatnich lat?

   Zostały zainwestowane (utopione?) w pochodnych kredytowych, czyli “instrumentach finansowych”, których zadaniem było sfinansowanie spekulacyjnego bąbla. Mówiąc w dużym skrócie, banki udzielały bardzo wielu ryzykownych pożyczek – w dużej mierze pod zastaw hipoteczny. Wiele z tych pożyczek urągało wszelkim zasadom bankowości – w ciągu ostatniej dekady w USA zupełnie wyeksplodował kredyt mieszkaniowy, udzielany pożyczkobiorcom, nie spełniającym najbardziej podstawowych wymogów wiarygodności finanasowej. Kredyty na budowę domów dawano osobom o niepotwierdzonych dochodach, wyłącznie na podstawie ich własnych zeznań; bez konieczności wpłacenia gotówką przynajmniej kilku procent wartości przyszłego domu; bez obowiązku spłacania kapitału przez pierwszych kilka lat (spłaty miały być ograniczone jedynie do pokrycia bieżącego oprocentowania); wysokość przyszłych spłat była nieustalona, i zależna od zmiennej stopy procentowej – która to stopa była sztucznie zaniżana przez Rezerwę Federalną, ale kiedyś będzie musiała pójść w górę. Wielu pożyczkobiorców nie miało pojęcia, w co się pakuje, nie zdając sobie na przykład sprawy z tego, że oprócz spłaty procentów i kapitału, będą musieli jeszcze ponieść koszty ubezpieczenia, podatków od nieruchomości, i innych temu podobnych. Wszystko to wydawało się nie tak groźne, dopóki interes szedł, popyt na domy wzrastał, i ich ceny także – ale to się skończyło… W USA miliony nowych posiadaczy domów są zagrożone bankructwem, oraz wizją posiadania domów, mających “ujemną wartość” – których kupno/wybudowanie kosztowały więcej, niż wynosi obecna wartość rynkowa. Nawet jeśli uda się taki dom sprzedać, to traci się wszystkie włożone weń pieniądze – a jeśli się go nie sprzeda, to straci się tych pieniędzy jeszcze więcej, kontynuując comiesięczne spłaty.

   Problem banków – i innych organizacji hipotecznych - wynika więc z tego, że udzieliły znacznie więcej pożyczek, na bardzo niepewnych warunkach, niż dyktowała przezorność. Ale nie tylko banki mają problem – mają go także inwestorzy, którzy kupili ofiarowane przez banki “wiązanki” pożyczek. Takie wiązanki tworzono, wkładając do jednego worka pożyczki mające bardzo odmienne statusy – bardzo niepewne, umiarkowanie niepewne, raczej pewne, oraz dość pewne. Teoretycznie miało to zmniejszyć ryzyko inwestowania w taką wiązankę. Te wiązanki sprzedawano następnie inwestorom – którzy mogli je potraktować jako aktywa, i dzięki temu pożyczyć pieniądze na kupno akcji… W ten cudowny sposób, dług stawał się nagle walorem finansowym – i mógł być sprzedany lub wykorzystany kilkakrotnie!!! I właśnie w tego rozdzaju operacjach specjalizowały się owe tajemnicze fundusze inwestycyjne – które mają teraz trudności z wycofaniem swoich wkładów, ponieważ te wiązanki długów nagle przestały znajdywać chętnych do ich nabycia. Dlaczego? Między innymi dlatego, że niesposób jest ocenić ryzyko, towarzyszące inwestowaniu w te wiązanki – jak wspomnieliśmy, są one mieszaniną pożyczek bardzo różnego autoramentu, i formuły obliczeniowe, używane do obliczania ich “połączonego ryzyka” okazały się niewiele warte, gdy rynek przestał rosnąć. Istnieją, co prawda, organizacje ratingowe, których zadaniem jest niezależna ocena wiarygodności kredytowej – ale tak jak przed laty, w przypadku Enrona, te oceny okazały się niewarte funta kłaków. I teraz ta cała piramida finansowa zaczyna się osypywać – a fundusze amortyzacyjne stają się niewypłacalne, bo nie ma nabywców na te nieszczęsne wiązanki, użyte jako gwarancje wypłacalności… Są wystawiane na rynek – i nikt ich nie chce kupić – wobec czego nie mają jakiejkolwiek wartości rynkowej. Słynny finansista amerykański, Warren Buffet (drugi najbogatszy człowiek na świecie) nazwał te “credit derivatives” finansową bronią masowego rażenia. Dziesięc lat temu, ta sfera finansów praktycznie nie istniała – dzisiaj jest to rynek obejmujący 26 tysięcy miliardów USD; dwukrotnie większy od rocznego produktu narodowego USA!!! Kiedy ten rynek się posypie (a to jest jedynie kwestia “kiedy”, nie “jeżeli”), to nie będzie możliwe, aby temu zapobiec.

   Mam wrażenie, że myślenie na ten temat bywa często zmącone przez używanie terminów, które kiedyś miały znaczenie, a w tej chwili stają się wytartymi sloganami. Tak się dzieje z “kapitalizmem”, “ryzykiem”, i temu podobnymi. Istotą systemu kapitalistycznego jest ponoszenie ryzyka przez inwestora – i bankructwo operacji nie przynoszących zysku. Im większe stają się kompanie i grupy finansowe, tym bardziej nieczytelne stają się ich finanse – i pojęcie zysku i ryzyka ulega rozmyciu i zatarciu. Oczywiście, że duża kompania może zaabsorbować straty przynoszone przez jej poszczególne działy – ale na dłuższą metę ma to bardzo złe następstwa, tak samo jak niedopuszczanie do upadłości przedsiębiorstw, które powinny upaść. Dzisiejszy kapitalizm amerykański to jest dziesiąta woda po kisielu; marnotrawny, nieefektywny system, w którym gigantyczne korporacje tworzą sobie dogodne warunki do działania poprzez sterowanie procesem politycznym. Przedziwna hybryda kapitalizmu i socjalizmu, gdzie zysk jest prywatny – a straty uspołeczniane… Cenę ponosi społeczeństwo – jeśli nie bezpośrednio przez pompowanie pieniędzy z podatków w zagrożone krachem instytucje gospodarcze, to pośrednio, przez inflację spowodowaną drukowaniem pustych pieniędzy.

   Jeśli jest w tym jakaś nauka, to taka, że podstawą gospodarki nie jest obrót pieniędzmi, tylko wytwarzanie produktów, i świadczenie usług. Jedynie rzeczywista aktywność gospodarcza może być kołem zamachowym – samo przemieszczanie się elektronicznych impulsów pomiędzy rynkami giełdowymi niczego nie napędza, oprócz spekulacyjnej gorączki. Być może jest nieuniknione, aby system gospodarczy doznawał głębokich kryzysów co parędziesiąt lat, po odejściu ludzi pamiętających poprzedni kryzys… Ci, co byli dorosłymi ludźmi podczas ostatniego Wielkiego Kryzysu, w latach dwudziestych poprzedniego stulecia, są już na wymarciu – a wobec powszechnej nieznajomości historii, ludzkość jest skazana na powtarzanie tego, co było. Swoją drogą, paralele pomiędzy Wielkim Kryzysem, i tym co obserwujemy obecnie, są uderzające – ale to temat na inną jeremiadę.

Witold Ferens

Moscow, Idaho, USA
Sierpien 2007

O gospodarce śmieciowej, i o alternatywie

July 27th, 2007

Głównym problemem wspólczesnej cywilizacji technicznej jest model ekonomiczny oparty na gospodarce śmieciowej. Ta metoda gospodarowania nie jest niczym nowym; ludzkość zwykła żyć na śmieciach, rzucanych pod siebie, od najdawniejszych czasów… W archeologicznych wykopaliskach można ocenić, jak długo była zamieszkana dana miejscowość, po grubości warstwy śmieci, na których się toczyło życie. A jak się nazbierało tyle śmieci, że izby robiły się zbyt niskie, to można było wybudować następną chatę, lub przenieść się do innej jaskini. I tyle. To, co jest nowego w obecnych czasach, to brak nowej jaskini – lądu obecnie jedynie ubywa (trochę go robią wulkany na Hawajach, ale zbyt mało, żeby wyrównać straty i zaspokoić rosnące potrzeby). Gospodarka śmieciowa ma pewien związek i inną plagą naszych czasów, czyli rządami tandety, powodującymi że śmieci produkujemy o wiele więcej, niż konieczne, ale tandeta to jest osobny problem. Jest to także plaga, i sprawa bardzo istotna dla ludzkości, ale wymaga osobnego potraktowania.

Dlaczego gospodarka śmieciowa jest takim problemem?

Z paru oczywistych powodów. Jest niszcząca, chorobotwórcza, rabunkowa, prowadzi do utraty dóbr - i to samo w sobie byłoby aż nadto… Ale co gorsza, paraliżuje ona rozwój gospodarczy. Świętej pamięci genialny pisarz Kurt Vonegut porównał kiedyś ludzkie społeczeństwo do drożdży – które radośnie się mnożą, produkując alkohol jako podstawowy śmieć – dopóki stężenie tego alkoholu nie wzrośnie do parunastu procent. Kiedy to nastąpi, drożdże umierają, zabijane przez swoje odchody. Dlatego piwa i wina mają stosunkowo niewysokie stężenie alkoholu… Wysoko procentowy alkohol można uzyskać jedynie przez destylację. I przynajmniej pod tym jednym względem, ludzkość rzeczywiście jest bardzo podobna do drożdży… Śmieci, które ludzkość radośnie produkuje, paraliżują rozwój ekonomii podobnie jak alkohol paraliżuje rozmnażanie się drożdży – i są także zabójcze, choć działają na przyrodę (włącznie z człowiekiem) wolniej, niż alkohol na drożdże.

Posłużmy się bardziej konkretnym przykładem.

Brzegi Morza Śródziemnego zabudowane są bardziej i mniej luksusowymi hotelami – które starają się, zgodnie z dewizą tandetnej i śmieciowej gospodarki, funkcjonować jak najtaniej. Obcinają koszty, gdzie się da, aby móc zwiększyć zyski, pomieścić więcej gości, nie dać się konkurencji. Naturalne jest więc, że skąpią funduszy na wszystko, co nie jest przydatne do zwabienia wczasowiczów – i nie przejmują się tym, że z hotelu płyną do morza surowe ścieki. W bardzo dużej ilości, i bardzo zabójcze, tworząc rozległe i liczne martwe strefy Adriatyku, zwłaszcza bliżej dna. Okoliczna ludność jest dotknięta bezrobociem – ale hotel nie zatrudni tylu pracowników, ilu potrzeba, aby zająć się odpadkami i ściekami – bo musi dawać zysk; trzeba przecież mieć za co wybudować następny hotel…

Załóżmy teraz, że umysły hotelarzy, oraz decydentów krajów, w których znajdują się hotele, doznają olśnienia. Uświadamiają sobie oni, że nie można w nieskończoność lać ścieków do morza – bo doprowadzi to ów ekosystem do ruiny. W odległej przyszłości, oczywiście – może za 50 lat, może za 100… ale doprowadzi. I co wtedy zrobią wnuki (nie mówiąc już o prawnukach) obecnych szefów hoteli i decydentów? Użyją wielu niecenzuralnych słów, mówiąc o dziadkach. Ta bardzo nieprzyjemna świadomość dostarcza potrzebnej inicjatywy – i hotele decydują się przejść na gospodarkę bezodpadową.

Trzeba zainwestować w oczyszczalnie ścieków, sortowanie odpadków, i tak dalej. Częściowo poprzez odprowadzenie funduszy z zysków; częściowo na kredyt; częściowo przez podniesienie stawek za pokoje. To spowoduje, że zmniejszy się liczba wczasowiczów – nie wszyscy będą mieli chęć na wczasy, które są nie “już od…” tylko “dopiero od”. Ci, których stać, z miejsca zyskają – jest mniejszy tłok, rwetes, zamieszanie; znacznie łatwiej odpocząć. Gości jest mniej – ale ponieważ płacą drożej, więc hotel ma podobny obrót, jak poprzednio. Ma mniejsze zyski, to prawda – ale w okolicy jest mniejsze bezrobocie, ponieważ dużo ludzi ma zatrudnienie przy oczyszczaniu ścieków – a jest z tym sporo roboty; trzeba je przepompować na rozsądną odległość od hotelu, przepuszczać porcjami przez osadniki; przepompowywać przez biologiczne reaktory zawierające stosowne bakterie, glony, i temu podobne; trzeba nadzorować ten cały system, sprawdzać czy kolonie mikroorganizmów mają odpowiedni skład, i korygować go w razie potrzeby; odwozić wyprodukowany nawóz i kompost do dystrybutorów… Jest to system dostarczający pracy na wszystkich poziomach wykształcenia i talentu – od pracowników fizycznych, kierowców, i operatorów koparek, do techników, biologów, programistów. A do morza odprowadzane są nie ścieki, tylko woda na której dałoby się zrobić – od biedy - herbatę.

Oczywiście, że hotel ma mniejsze zyski – przez pewien czas. Ale koszty poniesione na infrastrukturę i funkcjonowanie bezodpadowe zaczną się szybko zwracać! Reaktory procesujące ścieki produkują metan (uboczny produkt aktywności życiowej bakterii wykorzystujących organiczny materiał ścieków) – który jest wykorzystywany przez hotel do ogrzewania i gotowania, przynosząc spore oszczędności. Nawóz i kompost jest sprzedawany, podobnie jak posortowane odpadki (makulatura, plastiki, szkło, itp.). Uzyskane zyski pozwalają spłacić pożyczki, i zainwestować w pozyskiwanie energii słonecznej, w związku z czym koszty prowadzenia hotelu systematycznie maleją, bo coraz mniej wydaje się na prąd… i tak dalej, i tak dalej. To wszystko można uzyskać stosując znane i wypróbowane technologie; nie jest to problem techniczny niemożliwy do rozwiązania – wymaga tylko (może “tylko” to nie jest najlepszy termin) zmiany postawy – i chęci zapłacenia pracownikom tyle, żeby mieli chęć do pracy. Goście hotelowi mogą się bawić z czystym sumieniem; w okolicy jest spokój, bo ludzie są zajęci dobrze płatną pracą; zamiast rosnącej martwej strefy, której trzeba unikać, jest czysta woda, w której jest gęsto od korali, ryb, i rozgwiazd; hotelarze i decydenci nie muszą się martwić, co o nich wnuki powiedzą. Pracownicy zatrudnieni przy oczyszczaniu ścieków powodują ożywienie gospodarcze w okolicy, ponieważ mają pieniądze do wydania, i chęć do zabawy. Który z tych scenariuszy jest lepszy i bardziej sensowny? Surowe ścieki płynące do morza – czy inwestycje w przerób odpadów?

Gospodarka bezodpadowa to nie jest idylla. Wymaga ona dużego wysiłku organizacyjnego i inwestycyjnego; wymaga pracy i czujności; może się łączyć z okresowym znacznym zmniejszeniem zysków z przedsięwzięcia. Ale podobnie jest ze wszystkim innym, co jest piękne i sensowne. Przestawienie świata na tę gospodarkę jest możliwe – wymaga przede wszystkim przemiany świadomości. A to jest zależne jedynie od nas.

Ciąg dalszy za tydzień.

Pozdrowienia

Witold Ferens

Czy leci z nami pilot?

July 13th, 2007

    Mój krótki tekst pod powyższym tytułem wzbudził niejakie zainteresowanie, oraz uwagi krytyczne. Bardzo mnie to podbudowało, pokazując że ktoś czyta moje teksty… Ale pokazało też, że bywam rozumiany nie tak, jakbym tego pragnął. Krytyka generalnie rzecz biorąc, sprowadzała się do dwóch argumentów: 1) że nie piszę niczego nowego, gdyż wyzysk, korupcja, nieuczciwość są stare jak świat; 2) że cwaniacy, którzy rządzą światem, doskonale wiedzą co robią, choć nam może się to nie podobać. Oba rodzaje argumentów są głęboko chybione.

    Najwidoczniej może się wydawać, z tego co piszę, że pragnę się zaangażować w jakąś moralną krucjatę, występując przeciwko podłym korporacjom. Moje intencje są jednak zupełnie inne. Byłoby oczywiście wspaniale, gdyby dało się nakłonić korporacje do przejawiania przynajmniej odrobiny wstrzemięźliwości; gdyby choć trochę dbały o społeczeństwa, które im umożliwiają funkcjonowanie; gdyby brały pod uwagę, że funkcjonują na niezbyt dużej planecie; gdyby starały się zmiejszyć rozmiary społecznej krzywdy, za cenę swoich groteskowych zysków – ale na razie nie czas na marzenia. To, co mi spędza sen z powiek, to nie brak skrupułów szefów koncernów; to jest raczej zatrważający brak instynktu samozachowawczego. Wiara w to, że ci ludzie wiedzą, co robią, jest świadectwem prostodusznej – oraz przesadnej – wiary w ludzki rozum. Światem bowiem rządzą ludzie, którzy nie wiedzą, co czynią – bo gdyby wiedzieli, to byliby skłonni zmodyfikować swoje działania. Są to ludzie na swój sposób inteligentni – tak, jak niewątpliwie inteligentny jest były prezydent Bill Clinton – ale bezmyślni. Ściślej mówiąc, o umysłach niezdolnych do rozumowania kontekstualnego, wychodzącego poza taktyczny spryt, symboliczne wyrafinowanie, i sprawność techniczną.

   

    Powinienem zapewne lepiej sprecyzować analogię z pilotem. Obecność pilota w samolocie jest najlepszą rękojmią bezpieczeństwa pasażerów – POD JEDNYM WARUNKIEM: że pilotowi zależy na tym, żeby nie zejść przedwcześnie z tego świata. Jeśli pilot ma właściwie funkcjonujący instynkt samozachowawczy, to jest to więcej warte dla pasażerów samolotu, niż kontrole, nadzory, regulaminy; jeśli go nie ma, to wszystkie przepisy są niewarte funta kłaków. Pilot może być zupełnym łajdakiem w prywatnym życiu – ale dopóki troszczy się o własne bezpieczeństwo, pasażerowie będą w porządku. To natomiast, co się obecnie dzieje z planetą, na skutek niefrasobliwej ludzkiej aktywności, przywodzi na myśl samolot, którego pilot oszalał, lub stracił do reszty rozum – jego żywe ciało jest jeszcze w kabinie, ale pasażerowie powinni zacząć robić rachunek sumienia (albo studiować instrukcję obsługi samolotu). I może to być zupełna prawda, że tak “zawsze było” – że ofiarą chęci zysku padały dobra społeczne; że koncerny nie przejmowały się przyrodą, społeczeństwem, przyszłością. To co jest nowością naszych czasów, to są nieporównywalnie większe – i JAKOŚCIOWO inne - możliwości rabunku i zniszczenia, jakie stwarzają korporacjom nowoczesnie technologie; potęga współczesnego przemysłu; otwarty dostęp do kapitału, oraz swoboda w uzewnętrznianiu (eksternalizacji) kosztów działania (szeroko rozumianych, między innymi jako ekologiczne konsekwencje). W połowie zeszłego stulecia fabryki, tak jak i teraz, wylewały ścieki do rzek, zabijały lasy kwaśnym deszczem, lub powodowały chroniczne zapalenie oskrzeli u okolicznych mieszkańców – ale były to odwracalne zniszczenia (pod względem przyrodniczym, nie społecznym). Wystarczyło przestać truć, aby przyroda mogła się zregenerować – po roku, dwóch, dziesięciu, czy dwudziestu, w zależności od skali zniszczeń. Przemysł rozsiewał zabójcze chemikalia – ale ich szkodliwość polegała głównie na toksyczności i rakotwórczości. Nie było plastików, hormonów, pestycydów, i innych dziesiątków tysięcy BIOLOGICZNIE CZYNNYCH związków. A teraz są.

    Przed półwieczem alergie, astmy, nowotwory, autyzm, były, jeśli nie rzadkością, to niezbyt częstymi dolegliwościami – dzisiaj są to epidemie. Do środowiska trafia ogromna ilość chemikaliów, które są biologicznie czynne – i których wpływ na organizmy żywe jest w większości bardzo mało znany, jeśli w ogóle. Trafiają one do środowiska jedną z trzech zasadniczych dróg: celowo, przypadkowo, lub wypadkowo. Celowo rozsiewa się pestycydy, herbicydy, stosuje antibiotyki na wspomożenie tuczu; przypadkowo dostają się do obiegu produkty uboczne powstające przy produkcji milionów rodzajów polimerów, farb, elektroniki, niepalnych tkanin, i tak dalej; wypadkowo są rozprowadzane materiały radioaktywne, ropa naftowa, i temu podobne. Chemikalia z pierwszej i drugiej grupy bywają badane pod względem toksyczności i rakotwórczości – tak, jakby to były jedyne zagrożenia. A tak nie jest! Co z tego, że pestycyd nie jest toksyczny (w środowiskowym stężeniu paru części na milion), jeżeli w organiźmie, do którego się dostanie, ma długofalowe działanie, trudno dostrzegalne przy bezpośrednim badaniu – ale objawiające się nadwątleniem układu odpornościowego? Jeżeli powoduje utratę płodności żab, ryb, i innych stworów, bez których trudno się będzie obejść? Jeżeli jego nietoksyczne stężenie w ludzkim ciele może zaowocować – po kilkunastu latach – uczuleniem? Dla kogoś, kto umrze (lub ma sparaliżowane życie) z powodu uczulenia lub astmy, to jest niewielka pociecha, że ów pestycyd nie spowodował raka ani ostrego zatrucia u szczurów… Ludzie żyją znacznie dłużej od szczurów, ludzkie organizmy nagromadzają zanieczyszczenia, ponieważ jesteśmy na końcu łańcucha pokarmowego, i mamy sporo tkanki tłuszczowej, chłonącej te substancje; a poza tym – chemikalia są badane na toksyczność Z OSOBNA – a w organiźmie występują RAZEM, i mogą mieć synergistyczne działanie… Jeśli ktoś sądzi, że koncerny chemiczne i rolnicze wiedzą, co robią, to żyje w złudzeniach. Środki masowego przekazu w ogromnej większości są albo w posiadaniu korporacji, albo są trzymane na krótkiej smyczy – i dlatego gazety zajmują się bzdurami, a nie tym, co nam rzeczywiście zagraża. Co z tego, że zawsze tak bylo? Dopiero od niedawna, od paru dziesiątków lat, jesteśmy w stanie poważnie zagrozić funkcjonowaniu biosfery.

    Korporacje uzyskały władzę polityczną, czy też dokładniej mówiąc, wpływ na proces polityczny – nie ponosząc najmniejszej odpowiedzialności za społeczne i globalne skutki swojego działania. I w tym jest problem – nie w tym, że na ich czele stoją ludzie bez skrupułów. Nie sądzę, aby katastrofalne skutki ich posunięć były zamierzone bądź nawet uświadamiane – i to mam na myśli, mówiąc o nieobecności pilota. Być może szefom koncernów wydaje się, że cały rwetes z globalnym ociepleniem to skutek starań pomylonych pięknoduchów, którzy naiwnie kochają przyrodę, cierpią jak widzą wyrąbywanie lasów, i usiłują wynajdywać kolejne preteksty aby spowolnić rozwój gospodarczy… Chciwość nie jest nowożytnym wynalazkiem, a ludzkość z dawien dawna lubowała się w podrzynaniu gałęzi, na której siedziała – tylko kiedyś, jak gałąź się złamała, to można było się pozbierać i wspiąć na inną; a teraz tych innych już nie ma. Nie ma dziewiczych łowisk; 90% puszcz tropikalnych jest wycięte, poza Amazonią, której jest jeszcze połowa; DDT i bisfenole można odnaleźć w tkankach ciał antarktycznych pingwinów. Swoją obecną działalnością podrzynamy nie kolejne gałęzie, tylko pień. Jeżeli ten się zawali, to razem ze wszystkimi galąziami.

I temu pragnę się przeciwstawić, w granicach swoich możliwości. Szczegóły za tydzień.

Pozdrowienia

Witold Ferens
witoldferens@gmail.com

Piknik na torach kolejowych

July 7th, 2007

   
    Obserwując działania mediów, oraz polityków – przynajmniej nominalnie odpowiedzialnych za los swoich społeczności, mam coraz częściej uczucie, że uczestniczę, chcąc nie chcąc, w barwnym festynie – zorganizowanym na torach kolejowych, według powszechnej opinii, nie będących w użyciu. Stoły, stoiska, karuzele, zabawa na całego – a ja słyszę w oddali gwizd pociągu. Kiedy próbuję o tym komuś powiedzieć, to słyszę w odpowiedzi – pociąg? To ciekawe… Zobacz, jak Jacuś i Agatka się doskonale bawią! Niektórzy z uczestników zabawy, przyparci do muru, przyznają, że rzeczywiście, coś tam gwiżdże – ale nie ma dowodu, że to pociąg, a jeśli nawet, to nie jest pewne, że przejedzie akurat po tych torach. Można więc kontynuować zabawę.
    Społeczeństwa są utrzymywane w nieświadomości zagrożeń, a politykom najwidoczniej się wydaje, że to, co się do nas nieubłaganie zbliża, będzie można potraktować tak jak inne dotychczasowe problemy – to znaczy, przeczekać aż przeminą, udając w międzyczasie troskę i staranie. Generalnie rzecz biorąc, jest kilka zasadniczych politycznych metod na radzenie sobie z problemami: 1) czekać, aż przeminą, lub wszyscy się do nich przyzwyczają; 2) stworzyć problemy zastępcze, które nie wymagają specjalnych działań, ale na które można skierować powszechną uwagę, odwracając ją od rzeczywistych problemów; 3) podjąć pokazowe, kosmetyczne działania, które niewiele zmienią, ale stworzą pozory aktywności; 4) rozważyć zagadnienie, i podjąć rzeczywiste działania zmierzające do poprawy sytuacji, przy aprobacie nieuniknionych trudności, wysiłku, kłopotów, wydatków, oraz czyjegoś niezadowolenia. W odróżnieniu od pierwszych trzech metod, czwarta stwarza przynajmniej szansę dokonania czegoś sensownego – ale wymaga pracy, podczas gdy te inne można załatwić pustosłowiem.
        Myślę, że do polityków nie dociera w pełni to, że przyrody nie da się zagadać. Ludziom można wmówić, że jest dobrze; że lepiej być nie może; że inaczej się nie da; że robi się to, co konieczne; ale dyskutowanie z siłami natury to nie to samo, co społeczna propaganda. Przyroda jest obojętna na argumenty – i będzie to bardzo dotkliwa lekcja, kiedy zmiany, będące skutkiem beztroskiej gospodarki śmieciowej, zaczną się przejawiać w całej rozciągłości – uderzając nie tylko w osoby niezamożne lub w podeszłym wieku – ale także w tych, co mają coś do powiedzenie, lub podejmują decyzje. Skutki globalnej zmiany klimatu będą zapewne najbardziej oczywiste – susze, katastrofalne upały, powodzie, huragany, i tak dalej, będą łatwe do spostrzeżenia – ale czeka nas znacznie więcej nieprzyjemności, wynikających z załamania zdolności środowiska do zaspokajania potrzeb ludzkości; z braku profilaktyki społecznej; z obecności biologicznie czynnych chemikaliów w środowisku, jak też w ludzkich organizmach. Kiedy do Nowego Orleanu zbliżała się Katrina, lepiej sytuowani mieszkańcy mogli się oddalić na bezpieczną odległość, pozostawiając wspólobywateli nie posiadających samochodów lub zasobów gotówkowych, na łasce losu – ale znacznie trudniej będzie uciec od konsekwencji opadania lustra wód gruntowych w skali kontynentalnej; od uczuleń i chorób spowodowanych przez obce naturze analogi hormonów, beztrosko rozsiewane przez chemię przemysłową; od astmy spowodowanej przez katastrofalne zanieczyszczenie. W Europie jest pod tym względem minimalnie lepiej, niż w USA – przemysł chemiczny musi się stosować do dyscyplinujących przepisów; masowe, nie-terapeutyczne stosowanie antibiotyków w hodowli zwierząt ma się ku końcowi; pozostałe resztki lasów i puszcz są utrzymywane przy życiu. Ale zmiana klimatu czeka także i Europę…
    Największą nadzieją ludzkości jest, według mnie, przestawienie gospodarki z korporacyjno-rabunkowo-śmieciowej na własnościową, demokratyczną i bezodpadową. Wymagałoby to daleko idących zmian, wysiłku, pewnych wyrzeczeń, a przede wszystkim – zmiany orientacji. Ale dałoby szansę na sensowną ezystencję… Trzeba by tylko zastąpić przyjemność z posiadania - przyjemnością z sensownego istnienia. Jest to jeden z wątków ksiązki, którą mam zamiar opublikować na poczatku roku 2008 – “O przyjemności bycia człowiekiem”.
A póki co, róbmy swoje – byle z sensem.

Witold Ferens
8 lipca, 2007

P.S. Mam zamiar zainstalować na stronie skrzynkę na uwagi czytelników, jak również pragnienie aby przejść od zamiaru do czynu, ale chwilowy nawał zajęć, i.t.d. Będę wdzięczny za wszelkie uwagi, które można przesyłać na adres wferens@gmail.com