5. Rachunek kosztów
Pytanie „czy nas na to stać?” to
byłby temat na inny rozdział – w którym należałoby
porównać koszty i zyski: niebagatelne koszty polityki „wiercić i
palić” z zyskami, które przyniesie przestawienie energetyki świata na
technologie nie powiększające stężenia dwutlenku
węgla. Zanim zdołam napisać taki rozdział,
pragnąłbym przedstawić szacunkowe dane, i inne aspekty tego
zagadnienia. A jeśli czytelnik zacznie się zastanawiać, dlaczego
się uczepiłem tego tematu jak pijany płotu... Uczepiłem
się, bo uważam, że biologowie (i inni przyrodnicy) mają psi
obowiązek starać się uświadomić mieszkańcom Ziemi,
jakie mogą być konsekwencje obecnej niefrasobliwości, z
jaką zużywamy paliwa kopalne. Tym bardziej, że jest to
niepotrzebne, nieuzasadnione, i bezsensowne.
Czy nas stać na poniesienie
kosztów koniecznych dla zmniejszenia emisji dwutlenku węgla? Sposób, w
jaki rządzący Ameryką krótkowzroczni ludzie odpowiadają na
to pytanie, przywodzi na myśl człowieka zastanawiającego
się nad tym, czy go stać na zawarcie związku
małżeńskiego. Małżeństwo to kosztowna impreza:
wydatki na ślub, wesele, ślubne obrączki, i podróz poślubną; wynajęcie bądź zakup
większego mieszkania; ubranie i wyżywienie dzieci; i tak dalej.
Łatwo o konkluzję, że małżeństwo to
całkowicie nieopłacalne przedsięwzięcie. Ale taki rachunek
jest z gruntu fałszywy, nawet w
kategoriach czysto ekonomicznych: wydatki na zawarcie małżeństwa
się przecież zwrócą, z uwagi na większą
ekonomiczność prowadzenia jednego gospodarstwa zamiast dwóch,
podział pracy między małżonkami, zyski płynące z
łącznego wykorzystania odmiennych ekspertyz obu małżonków -
nie mówiąc już o przyjemnościach wynikających z życia
rodzinnego, które też należałoby włączyć do
rachunku... Sternicy gospodarki amerykańskiej, twierdzący że
Ameryki nie stać na ograniczenie spalania paliw, tak jak ów niedoszły
mąż, zapominają o kilku nader istotnych sprawach: paliwa kopalne
będą coraz bardziej kosztowne, i będzie ich coraz mniej, a nie
więcej, gdyż ropę naftową i węgiel przestano
wytwarzać kilka setek milionów lat temu; spalanie tych paliw to brudna
technologia, powodująca duże koszty i straty wynikające z
zanieczyszczenia powietrza, niezależnie od ocieplenia; inwestowanie w
czystą energetykę przyczyniłoby się do gospodarczego
ożywienia i zmniejszyłoby straty spowodowane zanieczyszczeniem.
Inwestycje w alternatywne źródła energii zaczęłyby szybko
przynosić zysk; zdecentralizowanie produkcji energii zmniejszyłoby
wrażliwość sieci energetycznej na zakłócenia, oraz
zmniejszyłoby straty wynikające obecnie z konieczności
przesyłania energii na dalekie dystanse. A nie zaczęliśmy
jeszcze mówić o kosztach wynikających z globalnego ocieplenia
spowodowanego rosnącym stężeniem dwutlenku węgla... W
przyrodzie niczego się nie dostaje za darmo – i pozornie tania energia
paliw kopalnych ma w rzeczywistości ogromny koszt.
Poniższy argument został
sporządzony w oparciu o dane amerykańskie, ale ma zastosowanie do wielu
regionów świata. Tak więc, większość energii
elektrycznej produkowanej w Ameryce pochodzi ze spalania węgla; rachunek
odwrotny pokazuje, że ponad 90% węgla jest zużywane przez
elektrownie, a rocznie Ameryka spala ponad miliard ton węgla. Wiele z
elektrowni węglowych to przestarzałe instalacje, wydzielające
ogromną ilość zanieczyszczeń, z których najwięcej
szkód przynoszą tlenki siarki i rtęć. Te pierwsze reagują z
wodą tworząc kwas siarkowy, głowny składnik kwaśnego
deszczu; rtęć natomiast trafia do łańcuchów pokarmowych -
śródlądowego, oraz oceanicznego. Straty spowodowane przez kwaśny
deszcz są gigantyczne i wielorakie: dewastacja lasów, eliminacja wielu
form flory i fauny cieków i zbiorników wodnych, przyśpieszona korozja
konstrukcji metalowych. Rtęć natomiast jest niebywałą
trucizną dla układu nerwowego, zwłaszcze rozwijającego
się – a ponieważ ulega zatężeniu w miarę
przemieszczania się w górę łańcucha pokarmowego,
osiągając najwyższy poziom w ciałach drapieżników,
ciężarne kobiety w Ameryce muszą się wystrzegać,
skądinąd zalecanych,
łososi i innych ryb, ponieważ zawierają niebezpiecznie
wysokie ilości rtęci! Tych kosztów spalania kopalnych paliw nikt nie
liczy – choć możnaby oszacować przynajmniej niektóre z nich; w
końcu wiadomo ile kosztuje walka z korozją, i ile drzewa można
uzyskać ze zdrowego, nie zniszczonego przez kwas lasu... Koszt jednej
kilowatogodziny uzyskanej z węgla to 2 do 3 centów – i ten koszt w
najmniejszym stopniu nie uwzględnia wyżej wymienionych strat! Dla
porównania – w wielu rejonach Ameryki
można obecnie produkować prąd z wiatru po 3-4 centy za
kilowatogodzinę (warta zwiedzenia jest znakomita witryna
http://www.windustry.com), bez kwaśnego deszczu, bez zatrucia
środowiska rtęcią, bez produkcji dwutlenku węgla – ale
według obecnej administracji, Ameryki nie stać na budowanie turbin
wietrznych. Oczywiście, produkcja prądu z wiatru też ma
nieprzyjemne skutki – turbiny hałasują, zabijają ptaki,
rzucają cień mogący zdezorientować, oraz psują
krajobraz. Wszystko prawda – tylko że huragany są znacznie
głośniejsze od turbin, ocieplenie zabije znacznie więcej ptaków
niż turbiny – a czy dym z komina jest ładniejszym widokiem niż
wiatrak? Wszystko ma swoją cenę, ale należy ją uczciwie kalkulować.
Ale Ameryka wydaje obecnie miliard dolarów DZIENNIE na samą obsługę
zadłużenia państwa... Za
mniej niż dwa miliony dolarów można postawić turbinę
produkującą prąd o mocy blisko dwóch megawatów, a za miliard
dolarów – ponad 500 takich turbin, które zastąpiłyby średnich
rozmiarów elektrownię węglową. Gdyby nie obsługa długu
spowodowanego absurdalnymi obniżkami podatków, Ameryka mogłaby, za te
same pieniądze, wyłączać z obiegu jedną
elektrownię węglową dziennie...
Czysta energetyka, choć
niechętnie traktowana przez rząd, rozwija się w Ameryce
żywiołowo. Powstają coraz to nowe inicjatywy, jak na
przykład niedawne porozumienie kilkunastu wielkich miast
deklarujących zamiar zmniejszenia ilości produkowanego w nich dwutlenku
węgla; są to w większości miasta nadbrzeżne,
mające oczywisty interes w przeciwdziałaniu wzrostowi poziomu
morza... Coraz więcej stanów i miast, oraz różnej wielkości
byznesów, stawia sobie wiatraki – nie wymaga to w końcu ekonomicznego
geniuszu, żeby zauważyć korzyści z takiego przedsięwzięcia:
zamiast płacić rok w rok rosnące rachunki za prąd,
można (na kredyt!) postawić turbinę, której koszty zwrócą
się po kilkunastu latach – i mieć czysty zysk przez wiele
następnych lat. Takie inwestycje tworzą miejsca pracy dla wszelkiego
rodzaju pracowników (4.8 pracoroku na 1 megawat energii z wiatru),
łagodzą napięcia szczytowego zapotrzebowania na prąd,
ożywiają lokalną gospodarkę... Energetyka wietrzna stwarza
niebywałą możliwość gospodarczego ożywienia
okolic wiejskich – oblicza się, że przeciętny amerykański
farmer miałby większy dochód z pola wykorzystanego przez wiatrak,
niż z pszenicy bądź kukurydzy zebranej z tej powierzchni. Czy
rzeczywiście Ameryki – i ludzkości - nie stać na czystą
energetykę?
A inne koszty spalania paliw
kopalnych?
Jeśli ktoś mówi, że
nie stać nas na ograniczenie zużycia paliw, to powinien
powiedzieć, w jaki sposób będzie nas stać na wznoszenie barier
chroniących ląd przed zalaniem przez morze (z wieloma wyspami na
Pacyfiku będziemy się mogli pożegnać...). Strefa
przybrzeżna jest bardzo cennym terenem – zawiera historyczne miasta
portowe, często działające nieprzerwanie od stuleci, i jest
miejscem niebywałej aktywności ekonomicznej, społecznej,
kulturalnej... Wszystko to trzeba
będzie albo zostawić, albo przenieść w głąb lądu
o parę kilometrów – albo budować wały powstrzymujące ocean
od wtargnięcia na ląd, kiedy poziom morza się podniesie, na
skutek cieplnego rozszerzania się wody, i topienia lodów antarktycznych.
Na marginesie: należy odróżnić skutki topienia lodów arktycznych
i antarktycznych. Lód arktyczny jest lodem pływającym, i jego
stopienie nie podwyższy poziomu wody. Zupełnie odmienna jest sytuacja
lodu antarktycznego, pokrywającego kontynent wielkości Australii
parukilometrową warstwą, spoczywającą na lądzie, i wyniesioną
ponad poziom morza: stopienie tego lodu podniesie poziom wód, i to znacznie.
Dwutlenek węgla niesie groźbę globalnego ocieplenia, które
zagraża ludzkości ogromnymi, być może niepowetowanymi
szkodami: utratą areału zdatnego do zamieszkania i eksploatacji
rolniczej; wygaśnięciem mnóstwa gatunków roślin i zwierząt;
bezpośrednimi stratami na skutek susz, powodzi i huraganów; rozlatywaniem
się gór – na przykład, Alp – zrobionych ze skał spojonych
wiecznym lodem... Amerykańskie towarzystwa ubezpieczeniowe ledwo co
zdążyły odrobić – po dwudziestu latach! - straty
spowodowane przez huragan „Andrew”, a zostały znów przygniecione przez
najbardziej intensywny sezon huraganowy w historii, w roku 2004. Kompletna
lista szkód i strat byłaby długa, i nie wszystkie straty można
przewidzieć. Na przykład, ocieplenie może powiększyć
zasięg i zagęszczenie anofelicznych komarów przenoszących
malarię, choć to nie byłby największy problem. Gorsze
byłoby to, że ponieważ owady lepiej wytrzymują susze
niż ptaki i ssaki, przybyłoby owadów – w tym szkodników roślin
uprawnych, jak też i chwastów, bo te są też bardziej odporne na
niedogodne warunki niż wyselekcjonowane rośliny uprawne... I kiedy
sytuacja będzie zła, i szybko będzie się stawała
gorsza, pod presją zdesperowanych społeczności rządy
zaczną być może reagować – i podejmą, spóźnione o
parędziesiąt lat, decyzje o ograniczeniu zużycia paliw.
Opóźnienie będzie kosztowne – i może zaowocować stratami nie
do odrobienia. Czy rzeczywiście ludzkość może być
jedynie mądra po szkodzie?
Przeciwnicy ograniczenia zużycia
paliw uważają najwidoczniej, że tak – i jest to jaskrawo
widoczne w Ameryce, w kraju gdzie wszelkie reformy muszą być
poprzedzone katastrofą. Należy tu zresztą jasno powiedzieć,
że rządy wielu krajów – na przykład, Wielkiej Brytanii -
zachowują się nielepiej od amerykańskiego, tyle tylko, że
zamiast zaprzeczać, że globalne ocieplenie ma miejsce,
poprzestają na szumnych obietnicach i deklaracjach, czyniąc niewiele
wysiłku dla zmniejszenia produkcji dwutlenku węgla. Jak w przypadku
wielu innych palących spraw, większość rządów jest
daleko w tyle za opinią publiczną. Tak więc Ameryka, zamiast
być liderem świata w przemianie gospodarki z rujnującej na
nieniszczącą, z uporem godnym lepszej sprawy odmawia uznania tego,
że jest problem, i że lepiej starać się mu zaradzić
teraz, stosunkowo niewielkim kosztem i wysiłkiem, niż później,
po poniesieniu strat, ogromnym kosztem i ogromnym wysiłkiem. Elity
(jeśli to słowo jest tu stosowne) polityczne Ameryki pragną
czekać na efekty badań nad klimatem – tak, jakby jakieś nowe
badania mogły cokolwiek istotnego wnieść. Nie wniosą,
ponieważ Ziemia jest zbyt duża i zbyt skomplikowana, żeby
można było zasadniczo poprawić nasze możliwości
prognozowania pogody, czy nawet zmierzyć stan pogody z dokładnością
potrzebną do bardziej precyzyjnych kalkulacji. Nie jesteśmy w stanie
zmierzyć pogody w sieci o boku kilometra, nie mówiąc o gęstszej,
więc nasze dane są beznadziejnie nieprecyzyjne i wyrywkowe – a zresztą,
gdyby nawet skonstruowanie takiej odpowiednio gęstej sieci było
możliwe, to zanim dane zostałyby przeanalizowane, pogoda
zdążyłaby się zmienić parę razy... Obecnie
używane programy do analizy klimatu są, jak wszelkie programy opisujące
zjawiska przyrodnicze, wyidealizowane. Gwoli ścisłości, wyrafinowanie
i moc tych programów cały czas rośnie, jak też ich
zgodność z danymi obserwacyjnymi. Obecnie istniejące programy
mają sieć o boku 75 km (w niedługim czasie będzie to 10
km), i są zdolne do trafnego prognozowania takich zjawisk, jak El Ninjo, i
innych lokalnych osobliwości. Te zgodne z obserwacjami programy zgodnie
przepowiadają, że temperatura Ziemi będzie rosnąć wraz
ze wzrostem stężenia dwutlenku węgla, jeżeli to robi dla
kogoś różnicę. Ale nawet sieć o boku 10 km jest rzadka –
rzadka w stosunku do sposobu w jaki zachodzą przemiany pogodowe, które
są sumą zdarzeń lokalnych, powodujących, że deszcz
pada tu i tam, a nie gdzie indziej – oraz rzadka pod względem proporcji
tego, co wiemy o stanie atmosfery, do tego czego nie wiemy. Wątpliwe jest,
żebyśmy kiedykolwiek byli w stanie przewidzieć pogodę na
więcej niż kilka dni naprzód w czasie realnym (to znaczy na
bieżąco, a nie po paru latach obliczeń). A próba dokładnego
przewidzenia zmian klimatycznych na kilka czy kilkadziesiąt lat naprzód ma
tyle sensu, ile próba przepowiadania wskaźników giełdowych z podobnym
wyprzedzeniem. Dlatego też tłumaczenie zwłoki z podjęciem
działań ograniczających produkcję dwutlenku węgla
koniecznością dalszych badań i uzyskania pewności, jest
albo nieporozumieniem, albo zasłoną dymną.
Co należy robić? Jak
najszybciej znacząco zmniejszyć ilość dwutlenku węgla
wprowadzanego do atmosfery – oraz odciągać z atmosfery jego obecny
nadmiar. Jest na to wiele możliwych sposobów. Można zmniejszyć
produkcję CO2, zastępując produkcję energii
elektrycznej i cieplnej z węgla, produkcją energii z odnawialnych
bądź (praktycznie) niewyczerpywalnych źródeł, takich jak
biomasa, wiatr, promieniowanie słoneczne, przypływy morza,
ciepło wnętrza Ziemi; można sekwestrować już
wyprodukowany dwutlenek węgla – na przykład, poprzez skraplanie go w
miejscu produkcji (głównie w
elektrowniach) i pompowanie do morskich głębin. Ten ostatni
sposób nie dostarczy, oczywiście, trwałego rozwiązania, bo gaz
kiedyś wydostanie się na powierzchnię, a w międzyczasie spowoduje
zakwaszenie wody oceanicznej na dużych obszarach, z bardzo niedobrymi
konsekwencjami; dlatego też nieco lepszym pomysłem jest pompowanie CO2
do opróżnionych z ropy naftowej, wyczerpanych złoż
roponośnych; tak czy inaczej, ten sposób być może pozwoliłby
uzyskać parę dziesiątków lat czasu na zreformowanie
światowej energetyki. Bardzo prostym sposobem na ściąganie CO2
z atmosfery jest sadzenie drzew - gdzie tylko się da, ile się da, jak
szybko się da. Młode, rosnące drzewa, są znakomitymi
konsumentami CO2 netto, a prawidłowo eksploatowany
dojrzały las jest odnawialnym źródłem paliwa. Sadzenie lasów
przynosi zresztą wiele innych korzyści – las dostarcza miejsca do
życia dla wielu gatunków zwierząt, zmniejsza wysychanie i erozję
gleby, magazynuje wodę, dostarcza miejsca do rekreacji... Świat
wydaje obecnie miliardy dolarów DZIENNIE na zbrojenia do walki z
nieistniejącym wrogiem – możnaby zacząć wreszcie robić
sensowny użytek przynajmniej z części tych pieniędzy. Na
przykład, destylować wodę morską, wykorzystując
gorąc tropików – i nawadniać Sacharę...
Walka z dwutlenkiem węgla
powinna toczyć się szerokim frontem – przede wszystkim pod
względem tworzenia i testowania nowych technologii. Rządy obecnie
wydają, zbiorowo, ponad 200 miliardów dolarów rocznie na rozmaitego
rodzaju ulgi i subsydia udzielane przemysłowi paliw kopalnych, co jest
absurdem wołającym o pomstę do nieba. Skierowanie chociaż
części tego strumienia pieniędzy w stronę naukowców i
inżynierów tworzącym i ulepszającym technologie pozyskiwania energii
z odnawialnych źródeł byłoby nieporównanie bardziej przydatne –
dla nauki, dla społeczeństw, i dla świata. Potrzebna jest do
tego jedynie wola polityczna, której rządy zwykle nie przejawiają bez
nacisku. Trzeba więc pozbyć się wielu złudzeń: że
zagrożenia nie ma, że problem rozwiąże się sam,
że rządy podejmą zdecydowane działania w tej sprawie bez
naporu opinii publicznej. Rządy nie zainteresują się sprawamy
wychodzącymi poza kilkuletni cykl wyborczy, jeśli nie zostaną do
tego zmuszone – i wyborcy, których obchodzi los, przynajmniej ich dzieci,
jeśli nie wnuków, muszą zdecydowanie napierać na
rządzących. Telefonować, pisać listy, wysyłać
maile, głosować na partie i polityków prezentujących programy
reformy energetyki, domagać się na wszelkie sposoby, żeby
NIEZWŁOCZNIE podjąć działania. Byłoby,
oczywiście, lepiej, gdyby decydenci zrozumieli stopień
zagrożenia i konieczność działania – ale trudno na to
liczyć, gdy planetą rządzą w większości ludzie,
którzy mieliby trudności z napisaniem chemicznego wzoru dwutlenku
węgla. Jesteśmy – to znaczy, ci których ta sprawa obchodzi, sami; jedziemy,
jako ludzkość, autobusem, którego kierowca poprawia sobie
fryzurę, patrząc w lusterko wsteczne, zamiast patrzeć, co jest
dalej na drodze. Należy zdać sobie z tego sprawę, i
zacząć działać.
Obserwując zachowania
rządów w sprawie globalnego ocieplenia, zaczynam sobie coraz
wyraźniej uświadamiać, że ludzie sprawujący
władzę po prostu NIE ZDAJĄ SOBIE SPRAWY z tego, że jest to istotny
problem, i że jest to problem merytoryczny, a nie jedynie polityczny... Decydenci
najwidoczniej nie rozumieją tego, że argumentowanie z przyrodą
nie ma sensu – być może sądząc, że globalna zmiana
klimatu to pretekst wymyślony przez ekologicznych pomyleńców i
pięknoduchów, którym się nie podoba wycinanie lasów i organizowanie
ludzkiego życia dokoła indywidualnej komunikacji samochodowej.
Politycy są przyzwyczajeni do tego, że problemy przychodzą i
odchodzą; że wiele z nich można przeczekać; że nastroje
społeczne się zmieniają; że zamiast rozwiązywać
problemy, można przekonać ludzi, że problemu nie ma, lub że
nie da się go rozwiązać. Ale zmiany klimatu nie da się
zagadać – i zaprzeczanie jej nie uchroni nas od jej skutków... Być
może to, co jest obecnie najbardziej potrzebne, to przemiana
świadomości społeczeństw i rządów.
Co można jeszcze robić,
oprócz oszczędzania prądu i korzystania ze zbiorowego transportu?
Usuwać absurdy. Absurdem jest brak opodatkowania cen paliw w proporcji do
produkowanego dwutlenku węgla – np. metan, którego cząsteczka
składa się z jednego atomu węgla i czterech atomów wodoru,
wydziela przy spalaniu mniej dwutlenku węgla na jednostkę energii
niż inne paliwa kopalne – i wykorzystanie tego gazu powinno być
odpowiednio premiowane. Absurdem jest budowanie domów zaprojektowanych bez
wymogów wysokiej efektywności energetycznej, i rozwijanie transportu
lotniczego zamiast kolejowego. Absurdem jest to, że niezmiernie się
opłaca produkować energię paląc węgiel i produkty ropy
naftowej, ponieważ producenci oraz użytkownicy tych paliw nie ponoszą
rzeczywistych kosztów społecznych i środowiskowych, związanych z
ich użytkowaniem. Jak wspomnieliśmy, spalanie węgla powoduje
kwaśny deszcz, niezwykle niszczący dla biosfery, oraz korodujący
metalowe konstrukcje – a za szkody płacą podatnicy i przyroda.
Energia produkowana z takich źródeł, jak wiatr, woda, czy metan
otrzymany ze śmieci, szybko stałaby się w pełni
konkurencyjna wobec paliw kopalnych – gdyby wykorzystanie tych ostatnich
zostało obciążone ich rzeczywistymi kosztami, lub choćby
niedużym podatkiem węglowym. Gospodarka funkcjonująca w oparciu
o paliwa kopalne staje się na naszych oczach przeżytkiem, choć
wielu ludzi nie zdaje sobie jeszcze z tego sprawy, a niektórzy
usiłują temu zaprzeczać. Prędzej niż by się
mogło wydawać, produkcja energii z nieodnawialnych zasobów, przy
użyciu metod brudnych i niszczących, stanie się
żałosnym anachronizmem. Należy starać się ten moment
przyśpieszyć.
Kompanie naftowe i węglowe,
przynajmniej te, które pragną jedynie wydobywać i sprzedawać
paliwa kopalne, są oczywiście zainteresowane utrzymaniem obecnego
stanu rzeczy. Oprócz zaprzeczania istnienia globalnego ocieplenia, rzecznicy
przemysłu naftowego twierdzą, że ograniczenie zużycia paliw
kopalnych przy pomocy takich narzędzi jak np. podatek od dwutlenku węgla
spowodowałby gospodarczą zapaść i opóźniłby
rozwój. Ten sposób argumentacji nie jest niczym nowym – mający
nastąpić, na skutek dyscyplinujących przepisów, upadek
kapitalizmu, ogłaszano już wiele razy... Zapaść
gospodarczą Ameryki miały spowodować, kolejno, legalizacja
związków zawodowych, wprowadzenie płacy minimalnej, wycofanie benzyny
ołowiowej, wprowadzenie pasów bezpieczeństwa w samochodach i norm
zużycia paliwa, wycofanie związków chloro–fluoro–węglowych
(niszczących ozon chemikaliów, używanych kiedyś w przemyśle
chłodniczym) – za każdym razem historia się powtarzała: w
pół roku po wprowadzeniu zmian nikt nie pamiętał, że
miały im towarzyszyć jakieś problemy... Jeśli więc teraz
sternicy gospodarki amerykańskiej dowodzą, iż nie
wytrzymałaby ona podatku węglowego, to narażają się na
śmieszność – oraz obrażają technologów i
inżynierów amerykańskich, gotowych stawić czoła wezwaniu do
unowocześnienia gospodarki. Jasne jest, że nie należy
wprowadzać ograniczeń w zużyciu paliw kopalnych z dnia na
dzień i bez oglądania się na skutki społeczne – ale
przecież odkładanie tego w nieskończoność
zwiększa ryzyko, że tak właśnie te ograniczenia
będą musiały być wprowadzone, pod naporem katastrofalnej
sytuacji! Rządy – amerykański, polski, europejskie, azjatyckie, oraz
wszystkie inne - powinny skasować preferencje dla paliw kopalnych, wspomóc
prace rozwojowe nad wykorzystaniem odnawialnych źródeł energii
(dotacje na badania w tej dziedzinie są mizerną
częścią dotacji na poszukiwania ropy naftowej), i
unowocześnić sieć przesyłową, której zacofanie jest
obecnie istotnym czynnikiem hamującym rozwój energetyki wietrznej w USA.
Istnieją gotowe technologie, przetestowane laboratoryjnie, które
należy wypróbować w skali pół-technicznej, i w razie powodzenia,
przemysłowej – są na przykład gatunki glonów, znakomicie
pochłaniających CO2, w których znaczna
część, nawet połowa, biomasy, to oleje mogące być
paliwem dieslowym. Ponieważ te glony doskonale rosną na rolniczych
ściekach, i przy wysokim poziomie CO2, możnaby je
najprawdopodobniej hodować hydroponicznie, używając ich
jednocześnie do oczyszczania ścieków, i wpompowując w ich
zawiesinę dwutlenek węgla produkowany przez elektrownie. Jest wiele
teoretycznie możliwych schematów tego rodzaju – pole do popisu dla
biotechnologii. Im prędzej zaczniemy testować te możliwości
w praktyce, tym szybciej będziemy w stanie znacząco zmniejszyć
zarówno produkcję CO2, jak i zależność od paliw
kopalnych – które są zresztą potrzebne do syntezy w przemyśle
chemicznym, nie tylko do palenia.. Niestety,
zamiast być liderem i promotorem przemian, Ameryka zajęła
miejsce w ogonie, protestując przeciwko porozumieniom, które są do
zaakceptowania dla Bangladeszu. Sternicy gospodarki amerykańskiej, oraz
wszystkie inne rządy zapatrzone w przeszłość, wyrządzają
swoim społeczeństwom niedźwiedzią przysługę – bo
świat się będzie zmieniał, nie czekając na
Amerykę, która zostanie się za jakiś czas z przestarzałymi,
nieefektownymi technologiami. Tak, jak kiedyś przemysł samochodowy
Ameryki, produkujący przestarzałe, paliwochłonne graty
obwieszone niklowanymi płetwami, znalazł się na krawędzi
upadku, gdy przyszedł kryzys naftowy oraz konfrontacja z japońskim
przemysłem samochodowym, tak za dwadzieścia lat amerykański
przemysł może stać się rozpaczliwie niekonkurencyjny – z
powodu energetycznego zacofania...
Dużo osób w Ameryce to
dostrzega, i dostrzega także szanse i możliwości kryjące
się w przestawieniu gospodarki na nowe tory. Wiele amerykańskich
korporacji inwestuje w energooszczędność, i w badania nad nowymi
sposobami uzyskiwania energii. Ogromną popularnością cieszą
sie samochody o napędzie hybrydowym, niezwykle paliwooszczędne; nawet
niektóre kompanie naftowe inwestuja w alternatywne paliwa, nie tylko dla
dobrego wrażenia. Żywiołowo rozwija się, mimo
utrudnień i niedogodności, produkcja prądu z wiatru. Ale
amerykański rząd...
Dlaczego Ameryka tak protestuje
przeciwko traktatowi z Kyoto i innym inicjatywom tego rodzaju? Przecież
rozwój alternatywnej energetyki dałby zatrudnienie ludziom z każdym
poziomem wykształcenia, dałby możliwość pewnych i
dochodowych inwestycji (co jak co, ale wiatru i światła
słonecznego jeszcze długo nie zabraknie), pomijając już
takie „drobiazgi” jak czysta woda i powietrze, mające coraz większe
znaczenie przy obecnej epidemii astmy wśród dzieci i młodzieży w
USA, i wielu innych krajach. Rozwój lokalnej produkcji energii
zmniejszyłby straty związane z jej przesyłaniem, i
złagodziłby napięcia spowodowane szczytowymi zapotrzebowaniami
prądu; obliczono, że do 30% zapotrzebowania na prąd w USA mogłoby
być zaspokajane turbinami wietrznymi, zanim zmienność i
nieprzewidywalność wiatru dałyby się we znaki. Nie jest
elegancko rzucać gołosłowne oskarżenia – ale czy nie ma tu
przypadkiem znaczenia fakt, że najbardziej wpływowi ludzie w USA
(włączając przyjaciół, rodzinę, oraz znajomych
prezydenta i wiceprezydenta, jak też najbardziej hojnych darczyńców
na ich kampanie polityczne) są związani z przemysłem naftowym?
Nie należy obarczać jednakże całkowitą winą
obecnej administracji – Bill Clinton miał niewielu przyjaciół
wśród nafciarzy, a w kwestii globalnego ocieplenia zawiódł na
całej linii... Administracja Clintona potraktowała sprawę
traktatu z Kyoto w sposób skandaliczny, ale kampania wyborcza Clintona
została wcześniej wsparta przez kompanie naftowe sumą
sześciu milionów dolarów. Do odrzucenia traktatu przyczynił się
zresztą w dużym stopniu Al Gore, obecny bojownik o środowisko, który
miał udziały w Occidental Petroleum. Można mieć jedynie
nadzieję, że prowadzona teraz przez Gore’a kampania na rzecz walki ze
zmianą klimatu jest czymś więcej, niż wykorzystaniem
chwilowej sposobności do krytykowania mało popularnej administracji. Można
mieć jedynie nadzieję, że teraz, kiedy Rosja, i w
niedługiej przyszłości Chiny, dołączą do
sygnatariuszy paktu z Kyoto, ludzkość przynajmniej zacznie robić
COŚ KONKRETNEGO w sprawie ocieplenia (choć trzeba zrobić
niewspółmiernie więcej, niż powiedziane w tym wątłym i
nieśmiałym pakcie, konieczny jest pierwszy krok), mimo braku
współudziału Ameryki... Ale szkoda.