Krótki tekst o tym, jak być mądrym, jeśli nie przed szkodą, to przynajmniej w jej trakcie, a nie dopiero po niej.

 

   Na zakończenie pragnę przytoczyć historię, która dostarcza optymistycznego przykładu wydarzenia, niezbyt częstego w dziejach, kiedy udało się zmniejszyć rozmiary katastrofy, robiąc użytek z rozumu; historię, która może służyć za alegorię obecnego dylematu z globalnym ociepleniem... W 1831 roku dotarła do Anglii cholera. Za przyczynę choroby uważano „miazmaty”, czyli niezdrowe wyziewy atmosferyczne – a ponieważ z wyziewami trudno walczyć, więc też niewiele robiono dla ograniczenia zasięgu kolejnych epidemii. Cholera atakowała bez pardonu kolejne, gęsto zaludnione przemysłowe miasta angielskie, których obrzeża wypełnione były ludźmi mieszkającymi bez bieżącej wody i kanalizacji, pośród chlewów, obór, oraz sadzawek utworzonych przez ludzkie i zwierzęce odchody. W 1853 roku były wybuchy zarazy w paru miastach, a w samym Londynie zmarło na cholerę ponad dziesięć tysięcy osób. Zaraza atakowała kolejne dzielnice Londynu, i w sierpniu 1854 dotarła do niezwykle zatłoczonej dzielnicy Soho. Przez cały miesiąc zmarło na Soho jedynie kilka osób, ale ostatniego dnia sierpnia zaczęła się kolejna epidemia.

   W ciągu następnych trzech dni straciło życie 127 osób, w większości zamieszkałych na Broad Street, jednej z ulic Soho; w ciągu następnych dwóch tygodni zmarło ponad 500 osób, i zginęłoby wielekroć więcej, gdyby nie doktor John Snow, który miał swoją teorię na temat cholery. Uważał, że chorobę powodują nie „miazmaty”, tylko trucizna przenoszona przez wodę będącą w styczności ze ściekami, i doszedł do tego przekonania w ciągu wielu lat sumiennie prowadzonych obserwacji, dokumentując kontakty, aktywności, i źródła wody pitnej osób zaatakowanych przez cholerę. W poprzednim roku usiłował, bezskutecznie, przekonać władze miejskie i zarząd kompanii wodnej Vauxhall, że dostarczana przez tę kompanię woda była źródłem zakażenia. Teraz miał kolejną szansę.

   Doktor Snow zaznaczał na mapie Londynu miejsca śmiertelnych przypadków cholery, zauważając, że były one osobliwie nagromadzone w okolicy Broad Street, a zwłaszcza po jedniej stronie tej ulicy. (Mapa sporządzona przez doktora Snow’a, wraz z jego klasycznym traktatem o sposobie przenoszenia cholery, są dostępne na znakomitej stronie internetowej http://www.ph.ucla.edu/epi/snow.html, poświęconej temu niezwykłemu człowiekowi). Przy bliższym badaniu okazało się, że w centrum zarazy znajduje się pompa, stojąca na rogu ulic Broad i Cambridge. Dla porównania Dr Snow prześledził, co miało miejsce w domach będących w sąsiedztwie innej pompy – zmarło tam jedynie dziesięć osób, z których pięć korzystało z wody przyniesionej z Broad Street! Trzy inne ofiary to byli uczniowie, którzy przechodzili koło tej pompy w drodze do szkoły... Sporo tych koincydencji. Doktor Snow był przekonany, że odnalazł ognisko i źródło epidemii. Należało teraz przekonać do tej teorii władze.

   Przełomowe odkrycia Pasteura miały dopiero nastąpić, i wiele jeszcze miało upłynąć czasu, zanim teoria drobnoustrojowego pochodzenia chorób znalazła powszechne uznanie. Doktor Snow miał na poparcie swojej teorii sporo faktów – głównie koincydencji – oraz logiczne i proste wyjaśnienie, wiążace razem te fakty i tłumaczące dotychczasowy przebieg epidemii. Szczęśliwym trafem, miał również dar przekonywującego argumentowania, i udało mu się przekonać ojców miasta o potrzebie działania. Z pompy stojącej na rogu ulic Broad i Cambridge wymontowano dźwignię, uniemożliwiając pompowanie wody – i zaraza na Soho wygasła. Niebawem okazało się, że przeciekająca rura doprowadzająca wodę do feralnej pompy, znajdywała się w pobliżu przeciekającej rury kanalizacyjnej...

    Można sądzić, że wśród słuchaczy wywodów doktora Snow’a było nieco sceptyków, którzy nie widzieli najmniejszego sensu w tym, żeby psuć całkowicie sprawną pompę, i dodatkowo utrudniać życie mieszkańcom okolicy. Przecież nikt nie słyszał o tym, żeby woda miała przenosić zarazę – i przecież była to „tylko” teoria! Koincydencje! Tyle hałasu o nic! A przecież ludzie potrzebują wody, zwłaszcza wtedy, gdy panuje zaraza. Ale były to czasy oświecenia; ojcowie miasta mieli wystarczająco wiele szacunku dla nauki, żeby zrozumieć zasadność argumentacji; mieli dość wiary w moc rozumu, żeby nie zbywać niewygodnych argumentów jako „tylko teorii”; rozumieli, że „teorie” nie biorą się znikąd, że są czymś więcej niż przypuszczeniem. A my jesteśmy przecież znacznie lepiej poinformowani od dziewiętnastowiecznych przyrodników o tym, jak działa świat. Dlaczego nie potrafimy mieć równie wiele zaufania do ludzkiego rozumu?

   Wiemy, że dwutlenek węgla powstaje w wyniku spalania paliw zawierających węgiel. Wiemy, że w ciągu roku spalamy węgiel wytwarzony przez przyrodę przez setki tysięcy lat. Wiemy, że dwutlenku węgla jest w atmosferze coraz więcej. Wiemy, że ma on zdolność pochłaniania promieniowania cieplnego. Wiemy, że Ziemia robi się coraz  cieplejsza. Domaganie się w tej sytuacji nowych i dodatkowych „badań” nad zjawiskiem globalnego ocieplenia jest niebywale niebezpiecznym działaniem na zwłokę. Wiemy bez porównania więcej na temat globalnego ocieplenia, niż doktor Snow wiedział na temat cholery. O ile więcej byłoby zgonów, gdyby słuchacze doktora domagaliby się od niego, żeby dokładnie wyjaśnił, jak, kiedy, w jakich okolicznościach zaobserwowane przez niego pod mikroskopem ciałka miałyby powodować chorobę. Ile ich potrzeba? I czy to na pewno one, a nie coś zupełnie innego?

   Im prędzej postawimy tamę przyrostowi poziomu dwutlenku węgla, tym większa jest nadzieja, że będzie to miało namacalne skutki. Jest to najpilniejsze zadanie ludzkości, nasz egzamin dojrzałości, oraz test sprawdzający, czy ludzki gatunek nadaje się do tego, żeby zawiadywać planetą. Każda chwila zwłoki zmniejsza nasze szanse na zdanie tego egzaminu.